Im bardziej się przeklina, tym więcej wzmaga się to pragnienie! Nigdy tego nie doznałam. Niegdyś dusza moja była przejęta bólem wobec tych strasznych bluźnierstw, chociaż sama nie mogła się zdobyć na żaden akt miłości. Ale dziś było odwrotnie! Piekło wyglądało tak, jak zwykle, długie korytarze, zagłębienia, ogień... Słyszałam krzyki i bluźnierstwa tych samych dusz, bo aczkolwiek — tak jak to pisałam już kilka razy — nie widzi się kształtów cielesnych, to przecież przeżywa się cierpienia, tak jakby ciała były obecne. Dusze też nawzajem mogą się rozpoznać. Krzyczały one: „Hola! jesteś tutaj!... i ty tak jak my! miałyśmy swobodę wiązać się ślubami lub nie!... ale teraz..." I przeklinały swe śluby. „Potem wepchnięto mnie do tej ognistej niszy i ściśnięto jakby między rozpalonymi kawałkami blachy, a w ciało moje zagłębiały się łańcuchy i kolce, rozpalone do czerwoności." Tu Józefa powtarza opis rozlicznych cierpień, które nie oszczędzają żadnego członka: „Czułam jakby mi chcieli, chociaż bezskutecznie, wyrwać język; ostry ból stąd dochodzący doprowadzał mnie do szaleństwa. Oczy chciały wyskoczyć na wierzch, chyba z powodu ognia, który je tak strasznie pali! Nawet każdy paznokieć musi strasznie cierpieć.
Nie można ruszyć palcem, by znaleźć trochę ulgi, ani zmienić pozycji; ciało jest jakby spłaszczone i zgięte we dwoje. W uszach brzmią wciąż te zawstydzające okrzyki, nie ustające na chwilę. Wstrętny, przykry zapach zaczadza i przenika wszystko, czuć jakby gnijące ludzkie ciało, które się pali wraz ze smołą i siarką... jest to mieszanina, której z niczym nie da się porównać na świecie. „Wszystko to czułam tak, jak innym razem i chociaż te katusze są straszne, byłoby to niczym, gdyby nie cierpiała dusza. Ale ona cierpi w niewypowiedziany sposób. Dotychczas, kiedy schodziłam do piekła, przeżywałam straszliwy ból; myślałam, bowiem, że wystąpiłam z zakonu i że za to zostałam potępiona. Ale tym razem nie. Byłam w piekle ze szczególnym znamieniem zakonnicy, więc ze znakiem duszy, która znała i kochała Boga. I widziałam inne dusze zakonników i zakonnic, noszących to samo znamię. Nie potrafię powiedzieć, po czym to się poznaje, być może po tym, że inni potępieni i szatani lżą takie dusze w sposób niesłychany... wielu kapłanów także! Nie umiem wyrazić, czym jest to cierpienie, różniące się od tych, których doznawałam innym razem. Chociaż bowiem katusze duszy świeckiej są straszne, to niczym są jednak wobec cierpień duszy zakonnej. " Bez przerwy te trzy słowa: ubóstwo, czystość i posłuszeństwo brzmią w duszy jak gryzące wyrzuty; Nie ma słów, które mogłyby wyrazić mękę tych wyrzutów, połączonych z obelgami innych potępionych!
Dusza nieustannie przypomina sobie, że Boga wybrała na Oblubieńca i że Go miłowała nade wszystko... że dla Niego wyrzekła się najgodziwszych przyjemności i wszystkiego, co było dla niej najdroższe na świecie, że na początku życia zakonnego zakosztowała słodyczy, mocy i czystości tej Bożej miłości, a teraz, wskutek jednej niepohamowanej namiętności... musi wiecznie nienawidzieć tego Boga, który ją wybrał, aby Go kochała! Ta konieczność nienawidzenia pali ją jak pragnienie... Ani jednego wspomnienia, które by mogło jej przynieść najmniejszą ulgę. Jedną z największych katuszy jest wstyd, który ją ogarnia. Zdaje się, że wszystkie dusze potępione, które ją otaczają, krzyczą bez przerwy: „Cóż nadzwyczajnego, że myśmy się potępiły, my, które nie miałyśmy takich, jak ty, pomocy?... Ale ty! Czegóż ci brakowało? Ty, która żyłaś w Pałacu Króla... ty, która zasiadałaś do Stołu wybranych..." Wszystko, co tu piszę jest tylko cieniem tego, co dusza cierpi. Nie ma właściwie takich słów, które by mogły wyrazić piekielne katusze dusz potępionych w otchłani.
(4 września, 1922 roku)