STRONA INTERNETOWA POWSTAŁA W CELU PROPAGOWANIA MATERIAŁÓW DOTYCZĄCYCH INTEGRALNEJ WIARY KATOLICKIEJ POD DUCHOWĄ OPIEKĄ św. Ignacego, św. Dominika oraz św. Franciszka

Cytaty na nasze czasy:

"Człowiek jest stworzony, aby Boga, Pana naszego, chwalił, czcił i Jemu służył, a przez to zbawił duszę swoją. Inne zaś rzeczy na obliczu ziemi są stworzone dla człowieka i aby mu pomagały do osiągnięcia celu, dla którego jest on stworzony"

Św. Ignacy Loyola


"Papa materialiter tantum, sed non formaliter" (Papież tylko materialnie, lecz nie formalnie)

J.E. ks. bp Guerard des Lauriers



"Papież posiada asystencję Ducha Świętego przy ogłaszaniu dogmatów i zasad moralnych oraz ustalaniu norm liturgicznych oraz zasad karności duszpasterskiej. Dlatego, że jest nie do pomyślenia, aby Chrystus mógł głosić te błędy lub ustalać takie grzeszne normy dyscyplinarne, to tak samo jest także nie do pomyślenia, by asystencja, jaką przez Ducha Świętego otacza On Kościół mogła zezwolić na dokonywanie podobnych rzeczy. A zatem fakt, iż papieże Vaticanum II dopuścili się takich postępków jest pewnym znakiem, że nie posiadają oni autorytetu władzy Chrystusa. Nauki Vaticanum II, jak też mające w nim źródło reformy, są sprzeczne z Wiarą i zgubne dla naszego zbawienia wiecznego. A ponieważ Kościół jest zarówno wolny od błędu jak i nieomylny, to nie może dawać wiernym doktryn, praw, liturgii i dyscypliny sprzecznych z Wiarą i zgubnych dla naszego wiecznego zbawienia. A zatem musimy dojść do wniosku, że zarówno ten sobór jak i jego reformy nie pochodzą od Kościoła, tj. od Ducha Świętego, ale są wynikiem złowrogiej infiltracji, jaka dotknęła Kościół. Z powyższego wynika, że ci, którzy zwołali ten nieszczęsny sobór i promulgowali te złe reformy nie wprowadzili ich na mocy władzy Kościoła, za którą stoi autorytet władzy Chrystusa. Z tego słusznie wnioskujemy, że ich roszczenia do posiadania tej władzy są bezpodstawne, bez względu na wszelkie stwarzane pozory, a nawet pomimo pozornie ważnego wyboru na urząd papieski."

J.E. ks. bp Donald J. Sanborn

piątek, 25 września 2015

Żywot błogosławionego Władysława z Gielniowa, bernardyna

    Rozważając zasługi, jakie nasi święci i błogosławieni w swym życiu doczesnym położyli dla Kościoła i narodu polskiego, jedno z pierwszych miejsc przyznać musimy błogosławionemu Władysławowi z Gielniowa (żył około roku Pańskiego 1440), wybitnemu krzewicielowi słowa Bożego i pieśni religijnej w języku ojczystym.
Błogosławiony Władysław - ze chrztu świętego Jan - urodził się w roku 1440 w Gielniowie koło Opoczna, w pobożnym i dobrej sławy zażywającym domu mieszczańskim. O początkowych kolejach jego życia, wychowaniu i wykształceniu, a nawet o pierwszych latach życia w zakonie nie da się nic powiedzieć. Wiadomo tylko, że uczęszczał na uniwersytet krakowski. Do zakonu wstąpił w połowie roku 1462 w Warszawie. Po roku próby złożył uroczyste śluby zakonne, po czym przeniesiony został na studia teologiczne do klasztoru w Krakowie.
Kierownikiem zakonnego studium teologicznego był podówczas Jan Vitreator, wzorowy zakonnik, mąż wielkiej nauki i znakomity kaznodzieja. Władysław, młodzieniec zdolny i żądny wiedzy, a zarazem pobożny i cnotliwy, mając tak wytrawnego mistrza, bez trudu przyswajał sobie umiejętności Boże i pogłębiał swój umysł, a równocześnie szybko postępował po drodze doskonałości chrześcijańskiej. Gdy ukończył studia, dopełniła miary zasobów jego duszy łaska sakramentu kapłaństwa. Wkrótce potem zwierzchność zakonna powierzyła mu urząd kaznodziei i skierowała go z powrotem do klasztoru w Warszawie. Na tym stanowisku okrył się Władysław sławą najznakomitszego kaznodziei bernardyńskiego wieku XV, nie poprzestał jednak na tym i zaczął rozwijać żywą działalność w innej jeszcze dziedzinie - dziedzinie pieśni religijnej w języku ojczystym.

Gorący czciciel Męki Pańskiej, uwielbił ją w pieśni "Żołtarz (psałterz) Jezusów czyli piętnaście rozmyślań o Bożym umęczeniu", zaczynającej się od słów "Jezusa Judasz sprzedał za pieniądze nędzne". Pieśń ta, jak widać z tytułu, liczyła pierwotnie piętnaście zwrotek, z których każda rozpoczynała się od słowa "Jezus", ale w czasach późniejszych, w wieku XVI i XVII, rozszerzono ją do zwrotek dwudziestu siedmiu. Z początku śpiewano tę pieśń przed kazaniem lub po nim; później przy obchodzie stacji Męki Pańskiej, a w wieku XVI i XVII była ona już tak znana i powszechnie używana, że znajdujemy ją we wszystkich ówczesnych kantyczkach. Oprócz tej pieśni poświęcił Władysław Męce Pańskiej i Chrystusowi Panu kilka innych, jak "Pieśń trzecią o Męce Pańskiej", "O ciało Boga żywego", "O siedmiu słowach Chrystusa" i "O gniewie Pańskim", a przeciw poganom - Tatarom i Turkom - ułożył i kazał śpiewać po klasztorach bernardyńskich antyfonę "Jezus Nazareński, król żydowski".
Wielki miłośnik krzyża Chrystusowego, był Władysław z Gielniowa - jak wszyscy synowie św. Franciszka serafickiego - również żarliwym czcicielem Najświętszej Maryi Panny, toteż i tej czci nie omieszkał wyrazić pieśnią. Spod jego pióra wyszło kilka śpiewów maryjnych i godzinki o św. Annie, matce Najświętszej Panny, a w zakonie bernardyńskim do dziś dnia żyje tradycja, że ułożył również pierwsze polskie godzinki o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Był to prawdopodobnie przekład oficjum czyli pacierzy kapłańskich o Niepokalanym Poczęciu, ułożonych z polecenia papieża Sykstusa IV w roku 1475 albo też przeróbka starego oficjum o Najświętszej Pannie, od dawna co dzień odmawianego po klasztorach bernardyńskich. Czy ta tradycja odpowiada prawdzie, nie podobna stwierdzić, bo godzinki Władysławowe, jeśli istniały, nigdy nie były drukowane, a gdy w sto lat później ksiądz Jakub Wujek, jezuita, dokonał nowego tłumaczenia tego pięknego nabożeństwa, poszły w zupełne zapomnienie.
Oprócz tego błogosławiony Władysław napisał "Pieśń bernardyńską o należytym przestrzeganiu dziesięciorga przykazań Bożych", a wreszcie ułożył prozą i wierszem żywoty błogosławionych Szymona z Lipnicy i Jana z Dukli oraz hymny ku czci świętych Pańskich na cały rok, które były przedmiotem nauki w szkołach.
Drugą zasługą błogosławionego Władysława o szerszym znaczeniu kościelnym, społecznym i narodowym było założenie w roku 1470 w Warszawie polskiego bractwa św. Anny. Aż do tego czasu nie było w Polsce bractw kościelnych o czysto polskim charakterze i szerszych celach. Większość tych stowarzyszeń odprawiała swe nabożeństwa po niemiecku, niektóre po łacinie, a cele miały albo wyłącznie dewocyjne, albo też z ćwiczeniami pobożnymi łączyły uczynki miłosierdzia. Były to stowarzyszenia bez wątpienia pożyteczne, nie miały jednak większego znaczenia społecznego, bo ani ich działalność dobroczynna, ani pobożne praktyki ich członków, mające na celu własne uświątobliwienie, nie mogły się poważniej przyczynić do naprawy ówczesnych smutnych stosunków religijnych i obyczajowych. Był to wprawdzie wiek, który dał Polsce cały szereg świętych, ale jak w całym ówczesnym świecie katolickim - choć w stopniu znacznie mniejszym - zła w Polsce nie brakowało, bo jak wszędzie indziej szerzyła się żądza używania, bezprawie, ucisk słabszych, lichwa i oszustwo, a zarazem coraz więcej ludzi zaczynało zrywać z Bogiem i szukać pomocy u sił nieczystych. Władysław okazał się człowiekiem szerszych horyzontów, nie poprzestał bowiem na sumiennym spełnianiu obowiązków duszpasterskich, lecz stanął do walki ze złem na rozleglejszej płaszczyźnie, szerząc nowe bractwo, którego celem obok chwały Bożej była praca nad moralnym odrodzeniem społeczeństwa.
Ustawy dotyczące postępowania członków bractwa św. Anny w życiu codziennym były niezmiernie proste, wskazywały jednak wszystkie drogi wiodące do chrześcijańskiej doskonałości. Właściwe przepisy dotyczyły chwały Bożej oraz postępowania członków. Te były następujące: Członkowie mają unikać pijaństwa, zgorszenia i obmowy, tak jak się unika najszkodliwszej choroby. Nie wolno nikomu wyrządzać krzywdy ani słowem ani też uczynkiem. Trzeba się starać być użytecznym dla wszystkich, a to pociechą, radą, poparciem i datkiem. Należy godzić zwaśnionych. Mieć dobre zdanie o wszystkich. Unikać oszukaństwa, podejścia i wszelkiej niesprawiedliwości. Ze wszystkimi postępować szczerze i otwarcie. W szczęściu nie wynosić się i nie przypisywać sobie urojonych zasług. W nieszczęściu nie upadać na duchu, ale wzmacniać się przykładem Chrystusa Pana, Najświętszej Maryi Panny, św. Anny i w ogóle tych świętych Pańskich, którzy ulegali Bogu w przeciwnościach doczesnych. W razie jakiegoś wykroczenia rzeczywiście popełnionego, członkowie powinni się nawzajem z miłością przestrzegać. Upominani powinni z wdzięcznością przyjmować przestrogi i nauki. Jeśli kto z członków usłyszy bluźnierstwo, nie powinien go pominąć milczeniem, lecz niech przeciw niemu wystąpi, z łagodnością, jaka przystoi katolikowi, jeśli zaś nie posiada potrzebnej do tego wiedzy, niech przynajmniej na znak protestu opuści towarzystwo, w którym bluźniono.
Dalsze artykuły przepisów dotyczyły spraw organizacyjnych, a więc zarządu bractwa, wyboru starszych, składki rocznej, której wysokość każdy członek sam według swej możności oznaczał, sposobu użycia brackich pieniędzy, a wreszcie zebrań. W zakończeniu tych ustaw zalecał Władysław członkom bractwa odmawianie koronki do św. Anny, którą sam dla nich ułożył, i wzywał ich gorąco, aby się co dzień modlili za Kościół, króla i ojczyznę, i za nawrócenie błądzących.
Dzięki takim ustawom bractwo św. Anny założone przez Władysława z Gielniowa miało znacznie szerszy zakres niż wszystkie dotąd istniejące, bo nie tylko podkreślało potrzebę starania się o chwałę Bożą, lecz także wnikało głęboko w potrzeby ducha ludzkiego i starało się go środkami na pozór zwykłymi odnowić, podźwignąć i utwierdzić w dobrym. Zarazem było pierwszym istotnie polskim bractwem na ziemiach naszych, gdyż żadne z dotychczasowych bractw nie posługiwało się w swych nabożeństwach językiem polskim.
Dzięki staraniom Władysława bractwo św. Anny przyjęło się wkrótce przy wielu kościołach bernardyńskich, ale w okres właściwego rozkwitu weszło z chwilą, gdy w roku 1487 Władysław został obrany przełożonym polskiej wikarii bernardyńskiej, obejmującej wszystkie klasztory w Polsce, na Litwie i na Rusi. Mianowicie, chcąc ugruntować byt bractwa, przeprowadził Władysław na kapitule zakonnej uchwałę, że bractwo św. Anny ma być zaprowadzone we wszystkich kościołach bernardyńskich, tak istniejących, jak i tych, które w przyszłości powstaną; każde bractwo miało otrzymać własny kościółek pod wezwaniem św. Anny, a gdyby to było niemożliwe, to kaplicę w kościele zakonnym, a już co najmniej jeden z przedniejszych ołtarzy z tytułem i obrazem św. Anny. Dzięki tym postanowieniom bractwo św. Anny rozpowszechniło się na całym obszarze państwa polskiego, a po jakimś czasie stało się tak popularne, że nawet duchowieństwo świeckie zaczęło je wprowadzać do swych kościołów. Należeli do niego także ludzie z wyższych warstw społecznych, zwłaszcza z patrycjatu miejskiego i z duchowieństwa świeckiego.
Jak wspomniano, w roku 1487 wybrano Władysława przełożonym całego zakonu bernardyńskiego w Polsce. Pełnił ten urząd zgodnie z przepisami zakonnymi trzy lata, kładąc ogromne zasługi dla zakonu, po czym powrócił do klasztoru warszawskiego. Po sześciu latach spędzonych na pracy duszpasterskiej, modlitwie i rozmyślaniach, został ponownie powołany na stanowisko przełożonego polskich bernardynów. Spadło to na niego niespodzianie i nie sprawiło mu radości, bo jakkolwiek posiadał wszystkie zalety i przymioty, będące warunkiem pomyślnego pełnienia obowiązków przełożeńskich, nie rwał się do władzy. Niemniej z posłuszeństwa zakonnego przyjął ten nowy trud. Tym razem głównym przedmiotem jego trosk i zachodów była sprawa ożywienia pracy misyjnej na Litwie.
Mimo, że od chrztu Litwy za Jadwigi i Jagiełły minął z górą wiek, i mimo gorliwych wysiłków misyjnych dominikanów i franciszkanów, a potem i bernardynów, ziemia ta była jeszcze bardzo słabo uchrześcijaniona i nader skąpo zaopatrzona w duchowieństwo i kościoły, a w niektórych okolicach, zwłaszcza w niedostępnych puszczach żmudzkich, znajdowało się jeszcze mnóstwo pogan. Ówczesny wielki książę litewski Aleksander, syn króla Kazimierza Jagiellończyka, postanowił położyć kres tym smutnym stosunkom i w tym celu zwrócił się do Władysława z Gielniowa z życzeniem, aby przysłał na Litwę znaczniejszą liczbę misjonarzy bernardyńskich, celem nawrócenia tych niedobitków pogaństwa i ostatecznego utrwalenia wiary chrześcijańskiej. Mieli oni pracować obok dominikanów, których równocześnie w tym samym celu sprowadził na Litwę biskup wileński Wojciech Tabor.
Władysław zajął się tą sprawą bardzo gorliwie i w miejsce starych, znużonych wysiłkami lub chorobami braci wysłał młodych, pełnych sił i zdrowia, głównie do Połocka, leżącego już na krańcach dzierżaw litewskich, gdzie wielki książę Aleksander zaczął bernardynom budować klasztor pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny od Bram Niebieskich. Do końca budowy było wprawdzie jeszcze daleko, ale Władysław nie zważał na to i wysłał tam kilku braci ze znakomitym kaznodzieją Leonem z Łańcuta na czele, gdyż Połock, podówczas główny ośrodek schizmatyckich, a po części pogańskich ziem białoruskich, stanowił niezmiernie ważne pole pracy misyjnej. Schizmatyccy Białorusini patrzyli na bernardynów z nienawiścią i dwukrotnie usiłowali im spalić klasztor, ale Leon z Łańcuta i jego towarzysze nie zważali na to i nie szczędzili trudów i ofiar, aby przełamać ich opór. Bóg pobłogosławił ich pracy, gdyż po jakimś czasie wielu błądzących zaczęło wracać do owczarni Kościoła powszechnego. Pomyślnie szła również praca misjonarzy bernardyńskich oraz dominikańskich na ziemiach rdzennie litewskich, bo dzięki ich wysiłkom nawróciło się na łono Kościoła katolickiego kilkanaście tysięcy pogan i błędnowierców. Przyznał to publicznie sam biskup wileński Tabor, zalecając podwładnemu sobie duchowieństwu świeckiemu, aby do pomocy w pracy nad ludem wzywało tylko bernardynów i dominikanów.
Pomimo tylu zasług błogosławiony Władysław w swej głębokiej pokorze uważał się ciągle za jednego z najmniej użytecznych pracowników w winnicy Pańskiej i z tęsknotą wyglądał nowej kapituły, która go miała uwolnić od urzędu przełożonego. Stało się to w połowie roku 1499, ale zakon nie chciał się wyrzec jego usług i powierzył mu trudny i uciążliwy urząd gwardiana warszawskiego. Władysław pragnął spokoju, aby się niepodzielnie oddać chwale Bożej i przygotowaniu duszy na drogę do wieczności, mimo to jednak i teraz nie uchylił się od obowiązków, które nakładał na niego zakon, gdyż posłuszeństwo woli przełożonych uważał za jeden z najważniejszych obowiązków zakonnika i zawsze miał przed oczyma przykład Zbawiciela, posłusznego aż do śmierci krzyżowej.
Niestrudzenie pracując, dokazał tego, że mu zawsze zostawało nieco chwili wolnych, które obracał na modlitwę i pisanie dzieł nabożnych; tutaj też napisał pełne gorącej miłości Bożej "Kazania na niedziele całego roku i na uroczystości". Nie przestał również służyć bliźnim i jak dawniej, niestrudzenie słuchał spowiedzi i głosił słowo Boże. Sławiono go jako prawdziwego mistrza sumień i wybornego lekarza dusz, opowiadano sobie, że ktokolwiek powierzył się jego kierownictwu duchownemu, znajdował w nim najlepszego ojca i przewodnika, toteż u jego konfesjonału nigdy nie brakowało wiernych, szukających pomocy i łaski Bożej.
Niemniej doniosły wpływ wywierały jego kazania. Łaska Boża, która go zawsze wspierała, ujmująca powierzchowność, łatwość wysłowienia, mocny i dźwięczny głos, a wreszcie głęboka wiedza i znajomość ludzkich dusz sprawiały, że wierni słuchali go chętnie i uważnie, z wielkim dla siebie pożytkiem. Prawdziwy kaznodzieja z Bożej łaski, wszystkie kazania swoje zaczynał od słów "Jezus Nazareński król żydowski", umiał jednak wyprowadzić z nich zawsze nowe, przepiękne nauki, które budziły świętą bojaźń w sercach słuchaczy i porywały ich ku Bogu.
Źródłem tej głębokiej miłości bliźniego, dla której mimo podeszłego wieku nie porzucił konfesjonału i kazalnicy, była płomienna miłość Boga. Tajniki serc Świętych zakryte są przed naszymi oczyma, toteż i życie wewnętrzne błogosławionego Władysława w całej wspaniałości będziemy mogli poznać dopiero wtedy, gdy staniemy przed obliczem Boga. Tutaj mówią nam o nim tylko objawy jego cnót. Kroniki zakonne świadczą, że był wspaniałą pochodnią wiary, świętej nadziei i miłości Boga, będącej zarodkiem wszelkiej doskonałości, najwięcej jednak świadectw dotyczy jego głębokiej pokory i prawdziwego posłuszeństwa, które jest nie tylko najsilniejszym fundamentem doskonałości życia zakonnego, ale nawet w pewnej mierze niezbędnym warunkiem wiary. Gotowość do skorego posłuszeństwa zachował Władysław do ostatnich lat życia i w miarę, jak się zbliżał do Boga, czynił w nim coraz większe postępy. W roku 1504 ojcowie zebrani na kapitule w Krakowie, z uwagi na jego podeszły wiek i wielkie zasługi dla zakonu, postanowili go uwolnić od wszelkich obowiązków w kościele i w klasztorze. W tym celu wysłali do niego ojca Stanisława ze Słupi, aby go o tym zawiadomił i zapytał, w którym klasztorze chciałby zamieszkać i którego braciszka chciałby mieć do usługi. Władysław, usłyszawszy to, odrzekł ze zdumieniem i smutkiem: "Cóż wy mówicie, ojcze Stanisławie? Każecie mi żyć według własnego zdania i własnej woli? Czyż nie wiecie, że ślubowałem posłuszeństwo do śmierci? Powiedz ojcom, że każdemu ich rozkazowi chętnie się poddam i nie wymówię się od żadnej pracy, bo jeszcze dość sił czuję w sobie. A zresztą ty, ojcze, wiesz dobrze, że każdy człowiek wszystkiego może dokonać w Tym, który nas umacnia". Ojcowie kapitulni zbudowali się wielce tą odpowiedzią i pozostawili Władysława na stanowisku gwardiana warszawskiego, a w dowód rzetelnego szacunku wybrali go definitorem czyli członkiem rady przybocznej przełożonego.
W Wielki Piątek roku 1505 w warszawskim kościele bernardynów według dawnego zwyczaju zakonnego odbywało się o północy uroczyste nabożeństwo ku czci Męki Pańskiej. Z kazaniem, jak co roku, wyszedł błogosławiony Władysław. Płacz i westchnienia napełniły cały kościół, bo świątobliwy kaznodzieja, z twarzą wychudłą od postów i nocnego czuwania, miał w sobie coś nadludzkiego, a każde jego słowo, pełne najgorętszej miłości Chrystusa, drgało smutkiem i boleścią nad srogą męką Pana. Doszedł wreszcie do sceny biczowania Zbawiciela, tu jednak zabrakło mu już słów. Więc padł na kolana i utkwiwszy oczy zalane łzami w obrazie, wyobrażającym Chrystusa przywiązanego powrozami do słupa, począł powtarzać Jego imię. I wtedy stał się cud. Ujęty niewidzialnymi rękoma uniósł się Władysław w powietrze i pozostał tak jakiś czas w niemym zachwyceniu. Gdy po chwili, spłynął powoli na kazalnicę, był tak osłabiony, że nie mógł ani słowa przemówić, odniesiono go zatem do lecznicy. Odtąd nie opuszczał już łoża. Dogasał powoli, modląc się i rozmyślając, aż wreszcie 4 maja roku 1505, zaopatrzony św. sakramentami, oddał swą piękną duszę Bogu.
Zwłoki błogosławionego Władysława, stosownie do życzenia, jakie wyjawił przed śmiercią, pochowano według zwyczaju w ziemi, pod posadzką chóru zakonnego. Wskutek licznych cudów, jakie się działy za jego przyczyną, papież Benedykt XIV ogłosił go Błogosławionym.

Nauka moralna

Jednym z najpotężniejszych środków do obudzenia w sercach naszych gorącej miłości Boga i prawdziwej pobożności jest rozpamiętywanie Męki Zbawiciela. Tam się uczymy, jak bardzo Bóg umiłował świat, jak wielkim złem jest grzech, który, aby zmazać, potrzeba było męki i śmierci Boga-Człowieka. Tam także uczymy się, jak bardzo powinniśmy czuwać nad sobą, aby nie zmarnować tych skarbów łask, które nam Pan Jezus męką i śmiercią swoją wyjednał.

Modlitwa

Boże, któryś błogosławionego Władysława obdarzając wysoką doskonałością zakonną, jasnym świecznikiem w Kościele naszym uczynił, spraw miłościwie, abyśmy za jego przykładem we wszelkich cnotach wzrostu nabierali. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który z Bogiem Ojcem wraz z Duchem świętym żyje i króluje w Niebie i na ziemi po wszystkie wieki wieków. Amen.

Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku - Katowice/Mikołów 1937 r.