STRONA INTERNETOWA POWSTAŁA W CELU PROPAGOWANIA NAJLEPSZYCH MATERIAŁÓW DOTYCZĄCYCH INTEGRALNEJ WIARY KATOLICKIEJ

Cytaty:

"Papa materialiter tantum, sed non formaliter" (Papież tylko materialnie, lecz nie formalnie)

J.E. ks. bp Guerard des Lauriers



"Papież posiada asystencję Ducha Świętego przy ogłaszaniu dogmatów i zasad moralnych oraz ustalaniu norm liturgicznych oraz zasad karności duszpasterskiej. Dlatego, że jest nie do pomyślenia, aby Chrystus mógł głosić te błędy lub ustalać takie grzeszne normy dyscyplinarne, to tak samo jest także nie do pomyślenia, by asystencja, jaką przez Ducha Świętego otacza On Kościół mogła zezwolić na dokonywanie podobnych rzeczy. A zatem fakt, iż papieże Vaticanum II dopuścili się takich postępków jest pewnym znakiem, że nie posiadają oni autorytetu władzy Chrystusa. Nauki Vaticanum II, jak też mające w nim źródło reformy, są sprzeczne z Wiarą i zgubne dla naszego zbawienia wiecznego. A ponieważ Kościół jest zarówno wolny od błędu jak i nieomylny, to nie może dawać wiernym doktryn, praw, liturgii i dyscypliny sprzecznych z Wiarą i zgubnych dla naszego wiecznego zbawienia. A zatem musimy dojść do wniosku, że zarówno ten sobór jak i jego reformy nie pochodzą od Kościoła, tj. od Ducha Świętego, ale są wynikiem złowrogiej infiltracji, jaka dotknęła Kościół. Z powyższego wynika, że ci, którzy zwołali ten nieszczęsny sobór i promulgowali te złe reformy nie wprowadzili ich na mocy władzy Kościoła, za którą stoi autorytet władzy Chrystusa. Z tego słusznie wnioskujemy, że ich roszczenia do posiadania tej władzy są bezpodstawne, bez względu na wszelkie stwarzane pozory, a nawet pomimo pozornie ważnego wyboru na urząd papieski."

J.E. ks. bp Donald J. Sanborn

piątek, 18 września 2015

Komentarz do ostatnich wydarzeń w Bractwie Św. Piusa X (Artykuł z 7 III 2009) - Bp Donald J. Sanborn

LOGICAL CHICKENS COMING HOME TO ROOST (a)

   Prawdziwa nawałnica zdarzeń, jaka w ciągu ostatnich trzydziestu dni nawiedziła Bractwo Św. Piusa X (FSSPX) nie mogła ujść uwadze nawet najbardziej powierzchownych obserwatorów ruchu tradycjonalistycznego. Zapoczątkowało ją 24 stycznia uchylenie przez Ratzingera ekskomuniki nałożonej na czterech biskupów konsekrowanych przez arcybiskupa Lefebvre w 1988 roku. Zostali objęci ekskomuniką, ponieważ przyjęli sakry biskupie nie mając do tego mandatu, a nawet wbrew przeciwnemu zarządzeniu osoby, którą uznawali za papieża – wówczas Karola Wojtyły, czyli Jana Pawła II. Jako że w ciągu tych trzydziestu dni wydarzenia zaczęły się mnożyć i coraz bardziej komplikować, podzielę mój komentarz na następujące części: (1) krótki przegląd teologicznych stanowisk Bractwa; (2) Ratzinger; (3) biskup Fellay; (4) biskup Williamson; (5) perspektywy dla Bractwa.





I. PRZEGLĄD TEOLOGICZNYCH STANOWISK FSSPX



Podstawowe stanowisko FSSPX to: uznawać i jednocześnie sprzeciwiać się. Polega ono na tym, że formalnie traktują hierarchię Novus Ordo jako hierarchię katolicką, czyli dzierżącą prawdziwą władzę Chrystusa do rządzenia katolickim Kościołem, ale równocześnie sprzeciwiają się doktrynie Vaticanum II, m.in. niektórym soborowym naukom, Nowej Mszy, niektórym nowym sakramentalnym rytom itp.



Abp Lefebvre zawsze marzył o przekonaniu modernistów w Watykanie do tego, by udzielili swego błogosławieństwa jego zgromadzeniu, które prowadzi na całym świecie apostolat mniej lub bardziej katolickiej tradycji równolegle z reformami Novus Ordo. Osiągnięcie takiej zalegalizowanej tradycji zawsze było celem abp. Lefebvre oraz jego następców od samego powstania FSSPX w 1970 roku.



Skutkiem tego FSSPX zaangażowało się w powtarzający się raz po raz romans z watykańskimi modernistami. Niemal co roku pojawiają się pogłoski o negocjacjach z modernistami i coraz bliższym mariażu między nimi. Toteż najnowszy epizod zdawał się wskazywać na to, że małżeństwo jest zdecydowanie bliższe sfinalizowania, a tym samym ostatecznego zalegalizowania FSSPX przez modernistów.



Idea, by uznawać, a zarazem sprzeciwiać się, jest właśnie tą koncepcją, która zdecydowanie odróżnia nas od Bractwa Św. Piusa X. Grupa ta bowiem, od samego swego powstania w 1970 roku, nigdy nie odpowiedziała na palące pytania: Czy Vaticanum II jest katolicki? Czy religia, która od czasu Vaticanum II pojawiała się w naszych lokalnych parafiach, jest religią katolicką, czy jest to może nowa religia? Odpowiedź na to pytanie ma decydujące znaczenie; w rzeczy samej jest to dla każdego z nas kwestia nieba lub piekła, ponieważ jeżeli religia Vaticanum II jest naprawdę katolicyzmem, to opieranie się jej stanowiłoby śmiertelny grzech. Z drugiej zaś strony, jeśli jest to nowa religia, to śmiertelnym grzechem byłoby jej uznawanie oraz przypisywanie hierarchii Novus Ordo władzy Chrystusa do nauczania, rządzenia i uświęcania w Jego imieniu. Gdybyśmy zatem przyznali im posiadanie takiej władzy, to z konieczności musielibyśmy stwierdzić, że to Chrystus i Jego Święty Kościół przekazali nam to odstępstwo od Wiary. A to byłoby już bluźnierstwem.



Uznawaj i opieraj się – nieustannie przywodzi na myśl obie te sprzeczności. Uznawaj przynagla ich do umieszczania portretu Ratzingera w przedsionkach kościołów i wymieniania jego imienia w Kanonie Mszy. Opieraj się zmusza ich do ignorowania Ratzingera w codziennym życiu, jak gdyby nie istniał. Uznawaj skłania do podejmowania prób nawiązania rokowań z rzymskimi modernistami; opieraj się upoważnia ich do grania na nosie osobie, którą nazywają rzymskim papieżem, publicznych kpin, krytykowania i wysyłania go do piekła. Stąd bierze się sytuacja, że zarówno duchowni, jak i świeccy Bractwa potrafią w zależności od okoliczności wypowiadać sprzeczne twierdzenia. Jak się przekonaliśmy w 1988 roku, niedługo przed planowanymi konsekracjami abp Lefebvre zaakceptował Protokół z 5 maja 1988, w którym zadeklarował, że przyjmuje Vaticanum II w świetle tradycji i uznaje Jana Pawła za Wikariusza Chrystusa. Zaakceptował nawet, by Nowa Msza była odprawiana w kościele Saint Nicolas du Chardonnet – twierdzy FSSPX w Paryżu. Lecz już następnego dnia odrzucił Protokół, który podpisał, a w połowie czerwca Jan Paweł II stał się dla niego antychrystem. W sierpniu 1987 roku arcybiskup ujawnił treść listu skierowanego do czwórki przyszłych biskupów, w którym nazwał Jana Pawła II antychrystem. Znaczy to, że podczas negocjacji z Ratzingerem w 1988 roku abp Lefebvre albo zmienił zdanie, albo skłamał w najważniejszej kwestii, a mianowicie czy Jan Paweł II jest, czy też nie jest Wikariuszem Chrystusa i co najmniej w złej wierze prowadził rokowania z Ratzingerem i Janem Pawłem II. Jednakowoż ta nagła wolta stała się możliwa na skutek niezwykłego błędu wyznawanego przez abp. Lefebvre: tego mianowicie, że można krytykować jako niekatolicką doktrynę, liturgię i powszechną dyscyplinę pochodzącą rzekomo od rzymskiego papieża i jednocześnie współistnieć i funkcjonować w ramach tej fałszywej religii oraz podlegać hierarchii, która ją głosi. Jak dwie półkule jednego mózgu, które nie komunikują się ze sobą, tak te dwa sprzeczne prądy myślowe były w stanie wydobywać się z tych samych ust arcybiskupa. Tak więc abp Lefebvre obdzielił obie strony swego zgromadzenia odpowiednimi cytatami: dla liberałów były słowa o ostatecznym pojednaniu z modernistami; dla konserwatystów słowa o oporze wobec modernistów. To niekończące się pasmo sprzeczności stało się od tego czasu prawdziwą plagą w Bractwie, która nęka go aż po dzień dzisiejszy.



Aby zrozumieć tę grupę, koniecznie trzeba sobie zdać sprawę z tego, że [w Bractwie] teologia zaczyna się i kończy na abp. Lefebvre. Arcybiskup Lefebvre jest dla nich Wielkim Prorokiem, świętym namaszczonym przez Boga w celu przeprowadzenia katolików przez obecny kryzys. Z tej to przyczyny, w sytuacji gdy teologia i logika ostrzegają przed sprzecznościami owego systemu, wszyscy zdają się na abp. Lefebvre jako na osobę rozstrzygającą wszelkie sprzeczności. Jakimś sposobem arcybiskup dostrzega to, czego oni nie widzą, gdyż byłoby niemożliwością, aby namaszczony święty mógł się mylić w czymś, co stanowi część samej jego misji polegającej na przeprowadzeniu katolików przez kryzys.



Skutkiem tej postawy problem sprzecznych stanowisk zostaje usunięty daleko poza obszar dociekań poprzez akt wiary w arcybiskupa Lefebvre. I dlatego jego następcy nie dostrzegają problemu, działając i przemawiając dokładnie w ten sam co on sposób: raz jest to "miękka linia", innym razem "twarda linia"; raz opieranie się, innym razem uznawanie. Ich kapłanom i ludziom świeckim żyje się w takim świecie całkiem bezpiecznie; odpierają krytykę nie na drodze teologicznych dyskusji, ale przez reprymendy za niewierność wobec arcybiskupa.



Ponieważ abp Lefebvre założył Bractwo Św. Piusa X, to charyzmat i aura namaszczonego posłannictwa oraz niezawodności przenoszą się na całą organizację. Tak więc czterej wyświęceni biskupi uważają się za unieśmiertelnienie abp. Lefebvre, niemal za jego klony, co dochodzi nawet do tego stopnia, że przypisują sobie pewne przywileje, które były tylko jemu właściwe, a które przeminęły wraz z nim (1). Duchowieństwo oraz wierni Bractwa traktują swoją organizację jako substytut samego Kościoła, przypisując sobie tę samą misję i odpowiadające jej cechy, jakie posiadał sam namaszczony arcybiskup.



Naturalną konsekwencją takiej mentalności jest to, że duchowieństwo i wierni Bractwa muszą stawiać sobie tylko jedno pytanie: Co by zrobił abp Lefebvre? Odpowiedź na to pytanie przezwycięża i góruje nad wszystkimi teologicznymi sprzecznościami, które w tej konfrontacji znikają jak mgła przed gorącym słońcem poranka. Czasami jednak odpowiedź na to pytanie bywa trudna ze względu na dwa oblicza arcybiskupa.



Podobnie w bieżących wydarzeniach rozgrywających się w Bractwie – kiedy to ważą się jego przyszłe losy – wszystkie te elementy wchodzą w grę. Zewnętrzni obserwatorzy nie powinni doszukiwać się sensu w tym, co oni z dnia na dzień mówią. Logika Bractwa to logika dwój-myślenia i dwój-mowy; w ich głowach rzeczywiście kołatają się koncepcje wzajemnie się zwalczające. Niemniej jednak nie zrażają ich te wewnętrzne konflikty, a to z powodu głębokiej i nieugiętej wiary w arcybiskupa Lefebvre.



Przejdźmy teraz do skomentowania ostatnich wydarzeń.





II. RATZINGER



Biskup Fellay stwierdził, że niedawne uchylenie ekskomuniki było dla niego niespodzianką, że w grudniu nastąpiło duże przyśpieszenie wydarzeń oraz że inicjatywa wyszła głównie od Ratzingera. Fakt, że Ratzinger dążył do osiągnięcia tego pojednania, nie jest niczym zaskakującym. W kwietniu skończy on 82 lata, a zatem jego czas jest ograniczony. W mojej opinii chciałby on ujrzeć dokonanie się pojednania z dwóch powodów: (1) by uzyskać aprobatę "tradycji" dla Vaticanum II; i (2) by osiągnąć przynajmniej jeden sukces w ekumenicznym procesie.



Jak pisałem w poprzednim artykule zatytułowanym Ratowanie Dzidziusia (b), Ratzinger wie, że Vaticanum II znalazł się w poważnych kłopotach. Spustoszył on katolicki Kościół, niszcząc wspaniałą i żywotną strukturę pozostawioną przez papieża Piusa XII. To właśnie tę żywotność i wigor Ratzinger chce wstrzyknąć do swojego kościoła Vaticanum II, nie ustępując przy tym ani na cal – czego można być pewnym – z radykalnej teologii, która spowodowała to zniszczenie, chcąc jednocześnie cieszyć się prestiżem dynamicznego przedsoborowego Kościoła. Demografia nie wróży dobrze modernistom: podczas gdy w latach sześćdziesiątych odnosili oni sukcesy w niszczeniu wiary milionów ludzi i przekształcaniu ich w dobrych modernistów, to teraz doszło do tego, że – tak jak on sam – młodzi moderniści lat sześćdziesiątych stali się starymi modernistami XXI wieku, szykującymi się do przejścia na emeryturę, spisującymi swoją ostatnią wolę i testamenty. Potomkowie tych młodych modernistów w większości wypadków utracili wiarę, ponieważ nigdy nie przekazano im katolickiej Wiary. Ponadto z powodu rozprzestrzenionej praktyki sztucznej kontroli urodzeń, która de facto została zatwierdzona i jest nawet propagowana przez hierarchię i duchowieństwo Novus Ordo, liczba nominalnych nawet katolików w rozwiniętych krajach zmniejszy się dramatycznie w przeciągu następnych pięćdziesięciu do stu lat. Większość praktykujących członków Novus Ordo, przynajmniej w rozwiniętych krajach to ludzie z przedziału wiekowego od 50 do 85 lat, którzy jeszcze biorą udział w nabożeństwach, ponieważ praktyka chodzenia do kościoła i wiara katolicka zostały im zaszczepione w młodym wieku. Przyjąwszy Novus Ordo, w większości wypadków już dawno utracili cnotę wiary, lecz wciąż chodzą do kościoła i dają pieniądze na składkę. Za dwadzieścia lat liczba tych ludzi poważnie się zmniejszy. Nie ma młodych, którzy zajęliby ich miejsce, ponieważ albo odrzucili Novus Ordo, nie potrafiąc traktować go poważnie, albo uczynili z niego jedynie kulturalny aspekt swego życia, pojawiając się w kościele od czasu do czasu przy okazji różnych uroczystości i świąt.



Ratzinger chciałby również mieć przynajmniej jeden ekumeniczny sukces. Upłynęły już czterdzieści cztery lata od czasu, gdy Vaticanum II zatwierdził Dekret o ekumenizmie, a Paweł VI, Jan Paweł I i Jan Paweł II uczynili wszystko – łącznie z promowaniem bałwochwalstwa – by doprowadzić do jakiejś ekumenicznej unii. Ale nic nawet nie drgnęło. Rzeczywiście wschodni schizmatycy (tak zwani prawosławni) mogliby mu powiedzieć: "Jeżeli nie możesz osiągnąć ekumenizmu z FSSPX, to jak możesz oczekiwać, żebyśmy mieli się połączyć?". Dlatego też Ratzinger jest bardzo zdeterminowany w dążeniu do przyciągnięcia FSSPX pod sztandar pojednanej różnorodności, w myśl hasła: możesz być inny, niemniej jednak musisz znajdować się w wielkim Światowym Kościele.



Ponadto Ratzinger nie chce, żeby jego ukochany sobór został zrujnowany przez nową "schizmę". Jeżeli historycznie jedynym skutkiem Vaticanum II miałoby być odejście od Kościoła milionów ludzi w proteście do zmian wprowadzonych przez sobór, to Ratzinger dostrzegłby poważne fiasko swojego soboru. Okolicznością towarzyszącą żałosnemu spadkowi w statystykach Novus Ordo są sygnały żywotności tradycjonalistycznego ruchu. Czy będzie to FSSPX, Bractwo Św. Piotra, czy też Motu-Msza albo jakiekolwiek inne tradycjonalistyczne zgromadzenie, bądź nawet do pewnego stopnia tradycyjne zgromadzenia Novus Ordo, to zaznacza się w nich wzrost oraz stała liczba powołań. Przyciągają one młode rodziny, a nawet młodszy kler Novus Ordo. Bezkompromisowy, stalinowski i nietolerancyjny biskup Novus Ordo jest postacią z przeszłości. Ratzinger w przeciwieństwie do swoich biskupów dobrze to rozumie. Novus Ordo jest czymś na kształt Związku Radzieckiego z 1980 roku: to system pozbawiony intelektualnego napędu i poruszający się jeszcze na oparach starego entuzjazmu, który dawno temu przeminął. Stagnacja jest wszechobecna. Ratzinger jest niczym Gorbaczow, który chce uratować komunizm przez dodanie elementów kapitalizmu. Podobnie Ratzinger chce uratować swój heretycki sobór dodając elementy tradycji.



Nie należy jednakże przez to rozumieć, że katolicka Wiara zamierza właśnie powrócić do Watykanu albo że w przeciągu następnych kilku lat biskup Dolan (ten z West Chester, Ohio) zostanie wybrany na papieża. Zaobserwować można natomiast tendencję wymierania starszego pokolenia ludzi, którzy porzucili katolicyzm i entuzjastycznie przyjęli Novus Ordo. Główny nurt przedstawicieli Novus Ordo z przedziału wiekowego 20-50 lat nie jest zbytnio entuzjastyczny; tak naprawdę to ich przywiązanie do Novus Ordo jest w dużej mierze marginalne i powierzchowne. Liczba powołań do stanu kapłańskiego i zakonnego z tej grupy wiekowej jest po prostu znikoma. Z drugiej strony istnieje wyraźnie dostrzegalne zainteresowanie tradycyjnymi obrzędami – bez względu na to, jak niewielką ich częścią – ze strony młodego kleru oraz części świeckiej młodzieży, choć w porównaniu z głównym nurtem wyznawców Novus Ordo stanowią oni niewielką mniejszość. Niemniej jednak tę nieliczną mniejszość tworzą ludzie przekonani i zmotywowani, pojawiają się w niej powołania i wydaje się, że w przyszłości będzie się ona powiększać.



Ratzinger chciałby zaprzęgnąć te młode konie do swego podstarzałego i podupadłego powozu Vaticanum II. Przeważająca część jego biskupów jest temu przeciwna, lecz Ratzinger przy tym obstaje, widząc konieczność uzyskania błogosławieństwa tradycji dla więdnącego Vaticanum II.



To z tego samego powodu w 2005 roku Ratzinger mówił w swoim przemówieniu do Kurii o hermeneutyce ciągłości, przeciwstawiając ją hermeneutyce zerwania. Przyznając po raz pierwszy, że po Vaticanum II nie wszystko poszło dobrze, Ratzinger starał się uratować swoje ukochane dziecko, wzywając do interpretacji soboru w świetle tradycji. Usiłowanie to jest tyleż absurdalne, co daremne: Czy dokument o wolności religijnej ma zostać zinterpretowany w taki sposób, by dał się pogodzić z Quanta Cura papieża Piusa IX, dokumentem, który nazywa wolność religijną szaleństwem? Niemniej jednak, to wezwanie do łagodnego zreinterpretowania Vaticanum II trzeba potraktować jako wskaźnik, że w "raju" pojawił się pewien kłopot, że "wiosna Kościoła", którą miał być Vaticanum II, przemieniła się w wietrzną i surową jesień pełną szarych chmur i uschłych liści unoszonych przez przejmująco zimny wiatr.





III. BISKUP FELLAY



Moim zdaniem, nikomu w FSSPX nie udało się lepiej udoskonalić niezdecydowania i dwój-mowy abp. Lefebvre niż jego następcy, biskupowi Fellay. Jeżeli prześledzi się różne wypowiedzi i wywiady, których w ciągu wielu lat udzielił ten człowiek, to rezultat może przyprawić o zawrót głowy. Nie dalej jak rok temu bp Fellay wygłosił w Winonie bardzo "twarde" przemówienie o tym, że negocjacje z Watykanem zostały zerwane, ponieważ Watykan chciał, żeby – jak się wyraził – "zamilkli". Wśród słuchaczy dało się usłyszeć wyraźne westchnienie ulgi. Biskup Fellay ostro skrytykował w 2002 roku grupę z diecezji Campos (Brazylia), która pojednała się z Watykanem. Z drugiej strony w innych okolicznościach bardzo przychylnie wypowiadał się za pojednaniem. Jednego razu stało się ono tak bliskie, że bp Williamson, czyniąc wyraźną aluzję do bp. Fellay powiedział, że jeśliby pilotowi samolotu zdarzyło się zasnąć za sterami, to ludzie powinni go przebudzić krzykiem, ażeby nie doszło do katastrofy samolotu.



Ostatnie wypadki i oświadczenia wyraźnie jednak świadczą o tym, że droga do pojednania jest otwarta, gdyż watykańscy moderniści nie mogą znieść ekskomuniki i pozostawić biskupów FSSPX "samopas". Watykańscy moderniści muszą dać im zajęcie i miejsce w modernistycznej hierarchii. Z punktu widzenia heretyków zamieszkujących Watykan jasno wynika, że musi dojść do pojednania i to raczej szybko.



Według wypowiedzi bp. Fellay kolejnym krokiem w całym tym procesie jest "wyjaśnienie" Vaticanum II. Podobnie jak abp Lefebvre, biskup Fellay uważa, że sobór był dwuznaczny, tzn., że jego wypowiedzi były niesprecyzowane i mogą być interpretowane zarówno w katolickim, jak i niekatolickim sensie. Dlatego też potrzebują wyjaśnienia w katolickim sensie. Zakłada się, że rozwiąże to problem Vaticanum II.



Jak się rozwinie ten proces "wyjaśniania"? Jeżeli ktoś oczekuje, że wynurzy się z tego katolicka doktryna, to będzie bardzo rozczarowany. Ratzinger nigdy się nie wycofa z wolności religijnej. Katolicka koncepcja wolności religijnej głosi, że jedyna, prawdziwa Wiara, katolicki Kościół powinien posiadać wolność głoszenia doktryny na całej ziemi i że jego członkowie powinni mieć całkowitą wolność przyjęcia jej oraz praktykowania. Kościół katolicki uczy również, że przyjęcie katolickiej Wiary powinno być wolnym aktem, tzn. takim, który wyklucza wszelki rodzaj przymusu. Innymi słowy, Kościół odrzuca nawracanie mieczem albo przez przykładanie komuś pistoletu do głowy. Ale Kościół odrzuca także koncepcję, że każdy człowiek ma moralne albo cywilne prawo przyjęcia i praktykowania dowolnej religii, jak mu się spodoba. Domaganie się takiego moralnego i cywilnego prawa jest dokładnie tym, co Grzegorz XVI i Pius IX nazwali szaleństwem, a co zostało potępione przez wielu papieży i jest dokładnie tym domniemanym prawem moralnym i obywatelskim, które bez żadnej dwuznaczności zaakceptował Vaticanum II. Co więcej, modernistyczny Watykan potwierdził to odejście od katolickiej nauki, promując wolność cywilną wszystkich religii, w tym przyzwolenie na budowę meczetu w samym Rzymie. Czy naprawdę możemy sądzić, że Ratzinger anuluje to promulgowane obywatelskie prawo do herezji i niewiary i potwierdzi Quanta Cura? Oczywiście, że nie.



Wydaje się jednak, że biskup Fellay zredukował problem dokumentu o wolności religijnej (Dignitatis Humanae) do zakwestionowania zaledwie wywierania na kimś zbytniego nacisku czy też przymusu przy przyjmowaniu katolickiej Wiary, zaniedbując – jak sądzę nieuczciwie – rażącą sprzeczność między Vaticanum II a doktryną katolicką. Zdaje się, że jest gotów przyjąć Dignitatis Humanae uważając po prostu, że oznacza, iż nie powinniśmy przykładać ludziom pistoletu do głowy, kiedy chcemy ich nawrócić. Ale wszyscy wiedzą, że nie jest to jedyne znaczenie tego dokumentu.



Czy mamy oczekiwać, że Ratzinger wycofa się z ekumenizmu? To niemożliwe. Ekumenizm jest samą racją istnienia dla Vaticanum II. Wszystkie jego pozostałe herezje – czy będzie to kolegializm, czy też nowa eklezjologia albo wolność religijna, jak również nowe obrzędy liturgiczne, nowe reguły dyscypliny i nowe Prawo Kanoniczne – pojawiły się w imię ekumenizmu. Rzeczywistą religią Ratzingera jest apostazja ekumenizmu. Zobaczyliśmy to w poruszeniu wywołanym uwagami biskupa Williamsona na temat nazistowskiej eksterminacji Żydów. Potraktował on bp. Williamsona jak heretyka, gdyż w rzeczy samej jest on heretykiem w ekumenicznej religii. Powiedzenie czegoś, co mogłoby być obraźliwe dla członków innej religii, a zwłaszcza dla Żydów, uważa się za zdradę stanu i obrazę majestatu. Ukazuje nam to, jakie są prawdziwe poglądy Ratzingera. Nie wykazuje on żadnej troski o katolicki dogmat. W katolicyzmie widzi tylko jeszcze jedną z religii, jakie można wrzucić do kotła, zestaw poglądów równie dobry co każdy inny na tym świecie. Ale ekumenizm! W nim zawiera się prawdziwa religia. To religia uważająca świętość za najbardziej fundamentalną deprawację współczesnego człowieka, religia która jest odrzuceniem obiektywnej i absolutnej prawdy. Tej to religii jest Ratzinger najwyższym kapłanem.



W każdym razie biskup Fellay wykoncypował rozwiązanie dla ekumenizmu: mamy uważać, że oznacza on większy wysiłek włożony w nawrócenie do katolickiego Kościoła niekatolików, zwłaszcza heretyków i schizmatyków. Wszyscy wiedzą, że ekumenizm znaczy coś innego. Naprawdę oznacza, że Kościół katolicki stawia się na równi z niekatolickimi religiami, dostrzega w nich zbawcze wartości ("środki zbawienia") i dąży wraz z nimi do osiągnięcia Jednego Światowego Kościoła poprzez negocjowanie dogmatów osiągane rozmywaniem ich znaczenia. Biskup Fellay nigdy nie wypowiedział słowa przeciw soborowej herezji Frankenchurch (c), uznającej Kościół Chrystusowy za coś obszerniejszego niż Kościół katolicki, twierdzącej że Kościół Chrystusowy składa się z wielu "partykularnych kościołów", do których zaliczają się schizmatyckie sekty oraz wiele "kościelnych wspólnot", takich jak heretyckie sekty. Przypomina to potwora Frankensteina, który był zbiorem wielu różnych pozszywanych ze sobą części ciała. W rzeczywistości biskup Fellay zdaje się akceptować herezję Frankenchurch, a wynika to z używanej przez niego typowej dla Frankenchurch terminologii: "pełna wspólnota" i "niepełna wspólnota". Takie rozróżnienie nigdy nie istniało przed Vaticanum II.



Z tego co mi wiadomo, biskup Fellay nie powiedział ani słowa przeciw doktrynie kolegialności, która przemienia samą konstytucję Kościoła w kolegialny kościół, tzn. coś zarządzanego przez radę biskupów, której papież jest jedynie niezbędną częścią. Katolicka nauka głosi, że Kościół jest monarchią i że cała władza i jurysdykcja spoczywa na papieżu, abstrahując i niezależnie od biskupów Kościoła.



W zeszłym miesiącu ukazały się dwa oświadczenia, które przyprawiają o gęsią skórkę. Pierwsze z nich autorstwa "kardynała" Castrillón Hoyos'a, który powiedział, że biskup Fellay "teologicznie akceptuje Sobór". Wydaje się ono wskazywać, że bp Fellay zupełnie poddał się w sprawie soboru i że doprowadzenie pojednania do końca jest tylko kwestią wydawania oświadczenia naszpikowanego pokrętną mową. Jednak drugie oświadczenie jest jeszcze gorsze. Na początku lutego – po tym jak rozszalały się polemiki wokół wypowiedzi bp. Williamsona, w której zredukował liczbę Żydów zabitych przez nazistów – bp Fellay stwierdził, że Żydzi są naszymi "starszymi braćmi", ponieważ "mamy coś wspólnego, a mianowicie Stary Testament".



To oświadczenie jest najzupełniej ohydne, skandaliczne i domyślnie heretyckie. Żydzi w żaden sposób nie są naszymi "starszymi braćmi". W oczywisty sposób nie są nimi według naturalnego, pokoleniowego pochodzenia. A więc jedynym sposobem, w jaki należy odnieść się do jego słów, jest sens duchowy, tzn. że żydowska wiara Starego Testamentu jest prawdziwą cnotą wiary posiadającą prawdziwy przedmiot, a mianowicie przymierze z Bogiem, które nadal obowiązuje.



Sobór Florencki (1438-1445) nauczał jednakże czegoś innego: "[Święty Kościół rzymskokatolicki] wierzy, wyznaje i naucza, że prawodawstwo Starego Testamentu, tj. prawa mojżeszowego... ustąpiło z nadejściem Naszego Pana Jezusa Chrystusa i nastały sakramenty Nowego Testamentu i że każdy, kto by jeszcze po Męce pokładał nadzieję w tych przepisach i poddawał się im jako koniecznym do zbawienia, jak gdyby wiara w Chrystusie nie mogła bez nich zbawić, zgrzeszyłby śmiertelnie". "[Święty Kościół rzymskokatolicki] wierzy, wyznaje i głosi, że ci którzy nie żyją w Kościele katolickim, nie tylko poganie, ale też Żydzi oraz heretycy i schizmatycy nie mogą stać się uczestnikami życia wiecznego, ale pójdą «w ogień nieugaszony, przygotowany diabłu i jego aniołom», o ile przed śmiercią nie dołączą do owczarni". Ponadto święty Paweł mówi, że Stary Testament dobiegł końca: Oto ja, Paweł powiadam wam, że jeśli dacie się obrzezać, Chrystus wam nic nie pomoże (Gal. V, 2). Wyzuci jesteście z Chrystusa, wy, którzy w Zakonie szukacie usprawiedliwienia, wypadliście z łaski (Gal. V, 4). Św. Tomasz z Akwinu, w Summie (Ia IIæ, q. 103, artykuły 3 & 4) zupełnie jasno wyraża się co do ustania Starego Prawa i jego przepisów. Co więcej, mówi, że grzechem śmiertelnym byłoby przestrzeganie obrzezania jako symbolu nadziei na przyszłego odkupiciela.



Lecz samą istotą judaizmu jest odrzucenie Jezusa Chrystusa jako Mesjasza i Odkupiciela rodzaju ludzkiego oraz trwanie nadziei na wypełnienie obietnicy o nadejściu odkupiciela. Dlatego też Żydzi nadal praktykują obrzezanie jako formę wyznania wiary. W rezultacie ich religia – zgodnie z nauczaniem Kościoła na Soborze Florenckim, świętego Pawła i świętego Tomasza z Akwinu – jest śmiertelnym grzechem wiodącym na wieczne potępienie.



Cóż zatem "mamy wspólnego" z nimi? Stary Testament? Stary Testament jest martwy. Ustąpił on miejsca Nowemu Testamentowi, nowemu przymierzu między Bogiem a ludźmi, którym jest Kościół katolicki, a które zostało przypieczętowane przenajświętszą Krwią Chrystusa. Oto kielich Krwi Mojej, Nowego i Wiecznego Przymierza..., wypowiada codziennie kapłan w czasie konsekracji. Ten sam Bóg? Nie, ponieważ oni odrzucają Trójcę Przenajświętszą.



Komentarz bp. Fellay wskazuje, że Żydzi posiadają autonomiczną ścieżkę zbawienia, tzn., że są zwolnieni z Nowego Testamentu, ich przymierze z Bogiem nadal obowiązuje. Jakże inaczej mogliby być nazywani "starszymi braćmi?" Jeżeli ktoś jest twoim starszym bratem, to znaczy, że na równi z nim posiadasz synostwo i że oboje macie tego samego ojca. To znaczy, że ma w stosunku do ciebie starszeństwo. Ale czy na równi z nimi posiadamy synostwo? Czy są oni, jako Żydzi, przybranymi synami Boga, jak to jest w przypadku katolików? Niemożliwe, ponieważ odrzucają naturalnego Syna Bożego, naszego Pana Jezusa Chrystusa. Czy mają oni tego samego co my Ojca? Nie, ponieważ nasz Ojciec jest Ojcem Naszego Pana Jezusa Chrystusa, którego oni odrzucają. Co więcej, jeżeli Żydzi są naszymi starszymi braćmi, to wtedy my nie jesteśmy dziećmi Boga, gdyż naszym jedynym tytułem do tego, by być dziećmi Boga, jest zjednoczenie przez wiarę i łaskę z przyrodzonym Synem Bożym. Innymi słowy, nie istnieje żadne duchowe synostwo – a zatem żadne duchowe braterstwo – tam, gdzie nie ma wiary w naszego Pana Jezusa Chrystusa jako prawdziwego, boskiego Syna Bożego.



Wzmianka bp. Fellay o Żydach jako naszych starszych braciach jest przerażająca, ponieważ jest to dokładnie ta sama doktryna dotycząca Żydów, jaką przed kilku laty wypracował Ratzinger. Trudno mi w to uwierzyć, aby bp Fellay mógł sam pomyśleć o takiej wypowiedzi. Wygląda na to, że w celu uratowania pojednania doradzono mu wypowiedzenie tej strasznej rzeczy, aby zneutralizować histerię, jaka się rozpętała wokół uwag bp. Williamsona. Pozostaje faktem, że Żydzi nie mają nic wspólnego z Kościołem katolickim. Wszystko, co pod względem teologicznym posiadają, to swoje odstępstwo od własnego Prawa i Przymierza, gdy na dworze Piłata wyparli się swojego prawdziwego Mesjasza i Króla, Naszego Pana Jezusa Chrystusa, który był tym, "który ma być posłany" (Rodz. XLIX, 10). Kościół katolicki nie ma nic wspólnego z ich apostazją, nic z nimi do czynienia jako religijnym organizmem i jest jedynym posiadaczem oraz spadkobiercą wszystkich duchowych dóbr, jakie kiedyś przed przyjściem Chrystusa Żydzi posiadali. Jedyny rodzaj relacji między Kościołem a Żydami sprowadza się do żarliwego zabiegania o ich nawrócenie z tej apostazji, na mocy nieustającej i szczególnej miłości Boga wobec nich, jak również Jego skutecznej woli, iż przy końcu świata nawrócą się na katolicką Wiarę (Rzym. XI, 25-32). Kościół modli się o to nawrócenie w Wielki Piątek.



W każdym razie oczywiste jest, iż bp Fellay to teologiczna katastrofa. Arcybiskup Lefebvre, pomimo całego swojego sprzecznego myślenia i wykrętnej mowy, nigdy nie wypowiedziałby takich skandalicznych i doprawdy domyślnie heretyckich słów o żydowskiej religii. To, że bp Fellay jest kapitanem statku, który przez lata był nadzieją wielu tysięcy katolików szukających azylu od Vaticanum II, jest zapoczątkowaniem katastrofy. Jest on niczym pilot samolotu z przepaską na oczach. Użycie przez bp. Fellay terminu "starsi bracia" świadczy o następujących alarmujących realiach: (1) iż jest ignorantem nawet w tych sprawach, które dotyczą katechizmu; (2) że rzeczywiście znalazł się we władaniu i pod teologicznym wpływem modernistów. Ta kombinacja jest śmiertelna. Fakt, że niedouczony człowiek oczekuje od heretyków porad i oświecenia, zwiastuje Bractwu Św. Piusa X klęskę.





IV. BISKUP WILLIAMSON



Biskup Williamson okazał się być "gwiazdą" styczniowych wydarzeń. Jednakże jestem pewien, że jego gwiazdorstwo okazało się niepożądane.



Biskup Williamson udzielił w listopadzie 2008 roku wywiadu szwedzkiej telewizji, w którym powiedział przeprowadzającemu wywiad, że materiał dowodowy świadczy "zdecydowanie przeciwko" powszechnie przyjmowanemu twierdzeniu, jakoby w nazistowskich obozach koncentracyjnych podczas II Wojny Światowej zostało zamordowanych w komorach gazowych sześć milionów Żydów. Przyjął, że co najwyżej tylko 300000 osób zginęło z rąk nazistów i że nie zgładzono ich przy użyciu gazu.



Krótko po tym jak Ratzinger zdjął ekskomunikę z czterech biskupów, wywiad został wyemitowany rozpętując histeryczną reakcję zarówno wśród Żydów jak i nie-Żydów.



Należy wyraźnie stwierdzić, że bp Williamson wyrządził wszystkim wielką krzywdę – nas nie wyłączając – publicznie komentując coś, co nie ma zupełnie żadnego związku z krucjatą przeciw Vaticanum II i jego zmianom. Nasz jedyny cel sprowadza się do cofnięcia zmian Vaticanum II i jest niczym więcej i niczym mniej. Jednakże wielu członków ruchu tradycjonalistycznego dodało do tego unikalnego programu pewien "bagaż", podczepiając pod niego różne polityczne, historyczne i społeczne światopoglądy, które wykrzywiają i zaciemniają główny cel. Często przez dodawanie tego bagażu udaremniają oni efekty pracy osiągnięte mozolnym wysiłkiem. Ludzie przychodzą przecież do naszych kaplic z jednego powodu: by stawić opór nowej religii Vaticanum II. Nie przychodzą tutaj, a raczej nie powinni przychodzić, po to by stać się ludźmi nienawidzącymi Żydów, teoretykami spisku, geocentrystami, fanatykami ekologicznej żywności, homeopatami, prawicowymi aktywistami politycznymi albo historycznymi rewizjonistami. Wielu z nich próbowało wciągnąć takie rzeczy do ruchu tradycjonalistycznego. Ja ze swej strony, nieustannie przez trzydzieści cztery lata kapłaństwa starałem się trzymać te sprawy z dala od tradycjonalistycznego ruchu, mając zawsze świadomość niebezpieczeństwa jakie stanowią dla mojej pracy duszpasterskiej.



Kościół katolicki nie może się nigdy identyfikować z czymś innym niż katolicka Wiara oraz z tymi wnioskami praktycznymi jakie bezpośrednio wynikają z katolickiej Wiary, jak na przykład społeczne panowanie Chrystusa. Nigdy nie może się angażować w przemijające trendy bieżącej chwili, albo w partykularne programy poszczególnych jednostek, w naukowe lub historyczne teorie (chyba, że tylko w celu potępienia ich jeśli stałyby w sprzeczności z Wiarą), krótko mówiąc w coś, co narażałoby na szwank jego powszechność.



Jeśli duchowieństwo, a zwłaszcza biskup, publicznie wspiera rewizjonistyczne tezy lub spiskowe teorie, które wywołują jeszcze powszechne wrażenie nienawiści wobec Żydów, sympatii do nazistowskiego reżimu albo przydają wiarygodności marginalnym i dziwacznym wymysłom antyrządowych fanatyków, to wyrządza tym poważną szkodę katolickiemu Kościołowi. Duchowni muszą zawsze pamiętać, że są przedstawicielami Kościoła katolickiego, ponieważ przez ogół ludzi, czy to katolików czy niekatolików tak są właśnie odbierani, kiedy coś mówią albo robią. Kapłan, a zwłaszcza biskup, musi w pewnym sensie wyzbyć się swojej tożsamości stając się w pewnym sensie prawdziwą osobą Kościoła katolickiego, który reprezentuje.



Moim zdaniem bp Williamson wielokrotnie naruszał tę złotą regułę. Jego artykuły i wypowiedzi, o otwarcie publicznym charakterze, są przepełnione wszelkiego rodzaju "informacjami" i koncepcjami przejętymi od półprzytomnych i rozgorączkowanych zwolenników tego, co w najlepszym wypadku jest spekulacją w większości wypadków niemożliwą do udowodnienia. Czy będzie to liczba wymordowanych Żydów, czy 9/11, czy też zamach bombowy w Oklahoma City, bp. Williamsonowi udało się złączyć obronę katolickiej Wiary przeciw modernistom – jak najbardziej racjonalne przedsięwzięcie – z niektórymi najbardziej dziwacznymi i kompletnie szalonymi wypowiedziami osób, które potrafią dużo lepiej pisać niż myśleć.



Kierownictwo Bractwa Św. Piusa X zawsze było tego świadome. Niemożliwością jest by tak nie było, gdyż bp Williamson był w tych sprawach bardzo otwarty i chętnie wypowiadał się publicznie. Nie można mu nigdy zarzucić skrytości. Niemniej jednak, pomimo ostrzeżeń, uważali oni za stosowne uczynić go rektorem seminarium w Ridgefield, w stanie Connecticut – zwolniwszy mnie z tego stanowiska ponieważ nie zgodziłem się na kompromisy z modernistami z Novus Ordo – a następnie pięć lat później uczynić go biskupem, nadając światowy rozgłos umysłowi pełnemu nieodpowiedzialnych pomysłów i ustom pozbawionym kontroli.



Jednakże powodem dla którego został biskupem były jego pewne zalety. Biskup Williamson jest niezmiernie uzdolnionym człowiekiem i gdy ta część jego umysłu zostanie chwilowo odizolowana od zwariowanych pomysłów, co zdarza się od czasu do czasu, to potrafi objaśniać katolicką Wiarę, katolicką teologię i katolicką filozofię z nadzwyczajną klarownością, głębią i elokwencją. Drugim powodem, dla którego został wybrany na biskupa było to, że był głęboko oddany arcybiskupowi Lefebvre, postrzegał go jak wyrocznię Boga i w konsekwencji jest on obecnie tak samo bez reszty oddany Bractwu Św. Piusa X. Nie wątpię, że bp Williamson był osobistym wybrańcem samego arcybiskupa Lefebvre, jako że na kierownicze stanowiska arcybiskup wybierał tylko takich ludzi, którzy odznaczali się całkowitą lojalnością wobec niego i jego Bractwa. Jego niecodzienne pomysły traktowano jako ekstrawagancję. Francuzi zawsze mają Brytyjczyków za ekscentryków i spodziewają się że tacy też oni będą. Podśmiewają się przy tym i pomijają to milczeniem jako mało znaczące.



Nazistowska eksterminacja Żydów



Nazistowska eksterminacja Żydów to właściwe określenie tego, co w ostatnich czasach nazywane jest "Holokaustem". Termin holokaust odnosi się do jednej z ofiar Starego Testamentu, których składanie Bóg nakazał Mojżeszowi. Rzeczywiście była to największa ze wszystkich ofiar składanych w Świątyni, ukazująca całkowitą nicość człowieka w stosunku do nieskończonego majestatu Boga. Tak więc była ona zarazem (1) święta; (2) nakazana od Boga; (3) ofiarą; (4) aktem publicznego kultu oddawanego prawdziwemu Bogu przed nadejściem Chrystusa. Zaś nazistowska zagłada Żydów nie przystaje do żadnej z tych cech, dlatego też nie powinna otrzymać miana holokaustu.



O ile mi wiadomo to nikt nie zaprzecza, że naziści uśmiercali Żydów na masową skalę. Nikt nie zaprzecza, że naziści byli antyżydowscy, umieszczali ich w wagonach i wywozili do dalekich miejsc, gdzie umieszczali w obozach koncentracyjnych, postępując w sposób bardzo podobny do tego w jaki amerykański rząd traktował japońskich Amerykanów podczas drugiej wojny światowej.



Dyskusyjna jest dokładna liczba osób, które zginęły w tych okolicznościach oraz sposób w jaki zginęli. Według Wikipedii, liczba sześciu milionów pochodziła od Adolfa Eichmanna, który stanowi zapewne autentyczne źródło informacji. Inni autorzy podają liczbę nieznacznie mniejszą niż sześć milionów. Jeden autor mówi o 5,1 mln ofiar.



Jak by nie było naprawdę, to należy tutaj stwierdzić dwie rzeczy: (1) historycznie dokładna liczba Żydów, którzy padli ofiarą tego procesu eksterminacji nie ma zupełnie nic wspólnego z naszym przedsięwzięciem, którym jest przeciwstawianie się zmianom Vaticanum II; (2) całkowicie poza naszą kompetencją pozostaje wydawanie wyroku o tym ilu Żydów zginęło z rąk nazistów oraz o sposobie w jaki się to stało.



Co do pierwszego stwierdzenia, to są ludzie opętani na punkcie Żydów i winią ich za wszelkie złe wydarzenia na świecie, wszędzie widzą sieć żydowskiego spisku. Nie potrafią uwolnić umysłu od tej uporczywej myśli. Nieustannie czytają książki i artykuły potwierdzające ich podejrzenia. Czasami tradycjonalistyczny ruch w Kościele katolickim jest dla nich pociągający nie ze względu na prawdziwy cel, którym jest przeciwstawianie się Vaticanum II, lecz dlatego, że przewrót Vaticanum II postrzegają jako żydowskie dzieło. Bycie tradycjonalistą jest dla nich po prostu kolejnym sposobem stawiania oporu Żydom. Próbują zatem wciągnąć do swojej obsesji wymierzonej przeciw Żydom również innych, a przez to hańbią cały ruch, jak gdyby był on tylko odgałęzieniem obsesyjnej nienawiści wobec Żydów. Ludzie tacy entuzjastycznie przyklaskują duchownym, którzy podchwytują ich fanatyczną sprawę, a oczerniają mianem tchórzy i maruderów tych, którzy tego nie czynią.



Jest oczywistym, że katolicki Kościół przeciwstawia się judaizmowi z pobudek teologicznych, a z kolei judaizm przeciwstawia się Kościołowi katolickiemu za uzurpowanie sobie tego, co Żydzi uważają za swoją własność oraz za ustanowienie katolickiej kultury i katolickiego społeczeństwa. Niewątpliwie, Żydzi mają tradycję sprzeciwiania się Kościołowi katolickiemu oraz społecznemu panowaniu Chrystusa; już w czasach starożytnych prześladowali Kościół i robili wszystko co było w ich mocy by doprowadzić go do upadku w średniowieczu, w epoce Odrodzenia, a zwłaszcza od 1789 roku. Nie jest żadną tajemnicą, że w XIX i XX wieku zawsze byli – nie wszyscy ale większość – prosocjalistyczni, prokomunistyczni i prolewicowi w przeróżnych społeczeństwach świata, w których zamieszkiwali i zawsze dążyli do upadku każdej formy rządów albo zwyczajów, które by można nazwać chrześcijańskimi. Tak więc można było ich spotkać pośród liderów ruchów wywrotowych w Rosji, Austrii i Niemczech gdzie mieli oni wysoce niewspółmierną reprezentację. Przyczyna tego jest zrozumiała, lecz nieuzasadniona: otrzymawszy pełne prawa obywatelskie w 1789 roku i epoce napoleońskiej poczuli się niekomfortowo żyjąc w społeczeństwach zdominowanych przez chrześcijańską kulturę. Nie mam wątpliwości, że katolicy i muzułmanie czują się niewygodnie w zdominowanej przez Żydów kulturze Izraela. Żydzi zatem, stali się w wielu przypadkach aktywnymi przeciwnikami istniejących struktur katolicyzmu albo innych form "chrześcijaństwa" i wskutek tego weszli w konflikt z tymi, którzy pragnęli kontynuacji chrześcijańskiej kultury w społeczeństwie. Ponadto prawdą jest, że w soborowej reformie katolickiego Kościoła zaznaczyły się żydowskie wpływy. W tych kwestiach nie powinniśmy być naiwni.



Jednakże prawdą jest także to, że najistotniejsze przyczyny tego, że do Vaticanum II w ogóle doszło nie mogą być przypisane Żydom. To moderniści, ludzie pokroju Ratzingera, ochrzczeni niegdysiejsi katolicy są tego powodem. Do Vaticanum II doszło ponieważ zbiegły się dwa bardzo ważne czynniki: (1) gorączkowa działalność modernistów w okresie 1914 – 1958 oraz (2) opieszałość papieży Benedykta XV, Piusa XI a zwłaszcza Piusa XII w przedsięwzięciu adekwatnych środków dla ochrony Kościoła przed szturmem tychże heretyków. Gdyby owi papieże baczyli na ostrzeżenia świętego Piusa X i wprowadzili w życie przepisane przez niego środki to do Vaticanum II nigdy by nie doszło. Toteż my powinniśmy toczyć naszą wojnę z modernistami; nie możemy się dać wpuścić na boczny tor przez obsesję wobec Żydów.



Moje drugie stwierdzenie dotyczyło tego, że ustalanie dokładnej liczby ofiar daleko wykracza poza naszą władzę wynikającą ze stanu duchownego. Realizacja tego zadania wymagałby specjalistycznej wiedzy w zakresie naukowych metod badań historycznych i analiz, jak również wielu, wielu lat poświęconych wyłącznie na dociekania tych kwestii. Zadanie jest gigantyczne, o ile w ogóle możliwe do wykonania, ponieważ wielu świadków już nie żyje, a większość dokumentacji prawdopodobnie zaginęła. Ponadto, w czasie II wojny światowej, w rozmiarach dotąd niespotykanych w żadnej wojnie nastąpiły migracje populacji na ogromną skalę i w rezultacie dane otrzymane ze spisów ludności mogą się okazać wysoce wątpliwe. Doprawdy, czy kiedykolwiek poznamy liczbę ofiar, która by pod względem historycznym była do utrzymania wykluczając przy tym wszelką wątpliwość?



Przeczytanie kilku książek lub artykułów napisanych przez ludzi, którym w większości przypadków brak obiektywizmu wobec Żydów – czy to z pozycji pro, czy kontra – nie jest naukowym sposobem do zdobycia pewności w tej kwestii. Dlatego też publiczne wypowiadanie się o liczbie sześciu milionów, redukując ją do 5% tego co jest powszechnie przyjmowane, było moim zdaniem wyrazem szczególnej nieostrożności ze strony bp. Williamsona. Miało to łatwo przewidywalny skutek w postaci postrzegania bp. Williamsona, a wraz z nim całego ruchu, jako sympatyka nazistowskiej sprawy oraz oskarżania Żydów o fałszowanie zarówno ilości jak i wielkości ich cierpień.



Jeśliby nawet ktoś chciał dowodzić, że podane przez bp. Williamsona wielkości były prawidłowe, to nie ma absolutnie żadnego powodu by wygłaszać te opinie publicznie. Zupełnie nic się przez to nie osiągnie poza ściągnięciem samych kłopotów i sprawieniem, że osiągnięcie tego co próbujemy dokonać stanie się jeszcze trudniejsze.



Skąd to całe zamieszanie?

        

Z drugiej strony, trzeba podkreślić, że reakcja na wypowiedź bp. Williamsona została nienormalnie rozdmuchana. Doprawdy, jeżeli bp Williamson popełnił tylko błąd w kwestii historycznego faktu, który można udowodnić, to dlaczego go nie zignorowano jak zwykłego dziwaka? Dlaczego liczba sześciu milionów jest tak nienaruszalna? Dlaczego herezją jest jej negowanie?



XX wiek był stuleciem masowych mordów. Zaczął się od ludobójstwa Ormian przez Turków, co miało miejsce w latach 1915 – 1923. Szacuje się, że zginęło 1 – 1,5 miliona ludzi. Turcy nawet dzisiaj negują zagładę Ormian, mówiąc, że zgony były wynikiem wojny i innych czynników. Czy wybuchło kiedyś międzynarodowe oburzenie z powodu tych zaprzeczeń? Następnie, na początku lat trzydziestych doszło do zagłodzenia przez Stalina kułaków (bogatych rolników) na Ukrainie. Przyjmowana liczba ofiar to dziesięć milionów ludzi. Rosjanie twierdzą, że jest wyolbrzymiona i że było "tylko" pięć milionów. Czy kiedykolwiek ktoś histeryzował z powodu tego częściowego wybielenia Stalina? Czy ktoś kiedykolwiek komuś zarzucił: jesteś za Stalinem i przeciw Ukraińcom bo uważasz, że liczba była mniejsza? Oczywiście, że nie. W rzeczywistości większość ludzi nawet nie wie o tej eksterminacji.



Tymczasem te pięć czy dziesięć milionów to tylko część stalinowskiej listy ofiar masowych mordów. Jest duża rozpiętość w szacunkach, ale najczęściej podawana liczba ofiar stalinowskiego reżimu to trzydzieści milionów, czyli pięciokrotnie więcej niż oficjalna liczba ofiar żydowskich. Również i w tej kategorii znajdą się "reduktorzy", lecz nigdy nie oskarżano ich o sympatię dla Stalina albo antypatię względem ofiar. Następnie mieliśmy Mao-Tse-Tunga. Za liczbę jego ofiar zwykle przyjmuje się trzydzieści milionów zgładzonych podczas jego Wielkiego Skoku Naprzód – czegoś analogicznego do Vaticanum II, z tą różnicą, że duchowy mord Vaticanum II jaki się dokonał przez zniszczenie cnoty wiary sięga prawdopodobnie jednego miliarda. Kolejnym zbrodniarzem był Pol Pot, który zgładził od 750000 tys. do 1,7 mln ludzi (czyli 26% ludności Kambodży).



Jeden z największych masowych mordów miał miejsce w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, gdyż w 1973 roku rząd Stanów Zjednoczonych upoważnił doktorów i aborcjonistów do bezkarnego mordowania dzieci, a liczba ofiar sięgnęła znacznie powyżej czterdzieści milionów ludzkich istnień. Podobna sytuacja ma miejsce w Chinach, gdzie niemowlęta płci żeńskiej są powszechnie zabijane oraz w niemal każdym innym kraju na świecie, który zalegalizował przerywanie ciąży. Dlaczego zatem cierpienie Żydów podczas II Wojny Światowej jest wyróżnione jako największe, i dlaczego pomniejszanie liczby ofiar albo różnica w sposobie ich zagłady postrzegana jest jako zniewaga dla Żydów, albo co gorsza, nawoływanie do powtórzenia tej eksterminacji? Gwałtowna reakcja na wypowiedź bp. Williamsona nie odpowiada wadze "przestępstwa". Bo tak naprawdę to jakie przestępstwo zostało popełnione? Czy nie wyraził on tylko prywatnej opinii?



Wolność myśli i wolność słowa



Doprawdy zadziwiające jest to, że w epoce wychwalającej wolność myśli i słowa bp Williamson miałby zostać spalony na stosie tylko z powodu wyrażenia opinii. Czy powiedział, że pochwala nazistowską eksterminację Żydów? Nie. Czy nakłaniał do gazowania albo zabijania Żydów? Nie. Wyraził on jedynie opinię, pogląd, że liczba zabitych jest znacznie wyolbrzymiona i że okoliczności ich śmierci różniły się od tego, co powszechnie podaje się do publicznej wiadomości.



Oburzenie wywołane tą wypowiedzią, które skłoniło panią kanclerz Niemiec do interwencji, a zwolenników aborcji w Kongresie do napisania listu do Ratzingera wzywającego do zastosowania surowych środków wobec bp. Williamsona, jest dowodem na to, że idee rządzą światem i że złe idee mogą być bardzo niebezpieczne. To właśnie z tego powodu Kościół był zawsze przeciwny wolności myśli i wolności słowa w stosunku do wszystkiego co nawet pośrednio zaprzeczałoby katolickiej doktrynie.



Miliony ludzi cierpiały i ginęły w nazistowskich Niemczech, stalinowskiej Rosji i komunistycznych Chinach jako konsekwencja idei, którymi były tam nazizm i komunizm. Wielu innych zginęło na polach bitew za te idee, z których część odeszła w przeszłość. Niezliczona liczba japońskich żołnierzy zginęła w II wojnie światowej dla szalonej idei: japońskiego militaryzmu i samurajskiego kodeksu. Wiele głów spadło podczas francuskiej rewolucji przez zwykłą winę posiadania złych poglądów.



Inkwizycja przed którą bp Williamson został postawiony i jego późniejsze spalenie na stosie – bez względu na to jak nieostrożne były jego komentarze – jest dowodem na kompletną hipokryzję współczesnego świata. Gdzie wolność myśli? Gdzie wolność słowa? Dlaczego bp Williamson nie może z nich skorzystać? Cóż się stało ze sławetnym stwierdzeniem Woltera: Mogę się nie zgadzać z tym co mówisz, ale oddam życie za twoje prawo do powiedzenia tego? Prawda jest taka, że wolność myśli i wolność słowa zostały wymyślone przez osiemnastowiecznych wrogów katolicyzmu po to, by w poszczególnych krajach zniszczyć instytucję Kościoła katolickiego, zastępując ją zestawem własnych dogmatów. Kiedy wreszcie te dogmaty zostały wprowadzone, jak obecnie ma to miejsce we wszystkich zachodnich narodach, to poglądy, które stoją w sprzeczności z dogmatami wolnomyślicieli zostały wyjęte spod prawa.



Gdyby bp Williamson wyolbrzymił liczbę "ofiar" inkwizycji, to byłby oklaskiwany. Gdyby zanegował stworzenie świata przez Boga deklarując się darwinistą, to zostałby uznany za oświeconego. Ale ponieważ zanegował coś, co w świecie współczesnym ma status dogmatu, to musi być ukarany przez międzynarodową wrzawę, która dotknęła nawet najwyższe sfery rządowe. Żadnej wolności: ani myśli ani słowa dla niego. Cóż za bezwstydna hipokryzja!



Tak się dziwnie składa, że to dokładnie w tego typu sprawach, tzn. faktów historycznych albo nawet rewizjonizmu powinna istnieć wolna wymiana poglądów, pod warunkiem że nie będzie w niej nic sprzecznego z katolicką Wiarą. To, że historyczne poglądy są podważane przez ludzi, którzy je negują może być z korzyścią dla prawdy, ponieważ wyostrza to argumenty prawdy wysuwane przeciw negacjonistom. Lecz współczesny świat wywraca wszystko do góry nogami: tam gdzie powinno być poskramianie fałszywych poglądów, panuje wolność; a tam gdzie powinna być wolna wymiana idei, tam dochodzi do represji. Bo czegoż się bać ze strony negacjonisty historycznego faktu, jeżeli materiał dowodowy świadczący o prawdzie jest niepodważalny?





V. PERSPEKTYWY DLA FSSPX



Snucie jakichkolwiek przewidywań na temat przyszłości tej grupy jest doprawdy trudnym zadaniem, ponieważ FSSPX to kocioł pełny sprzeczności. Ich działaniami w danej chwili może pokierować którakolwiek z ich sprzecznych zasad, która w konkretnym momencie może wybić się na pierwszy plan. Jednakże pokuszę się tutaj o sformułowanie kilku prognoz.



(1) Biskup Williamson odwoła swój pogląd na temat sześciu milionów ofiar. W obecnej sytuacji wstrzymuje on proces pojednania FSSPX z modernistami. Dzieje się tak dlatego, iż dopóki pozostaje krnąbrnym "negacjonistą holokaustu" to niemożliwym jest, aby modernistyczni mieszkańcy Watykanu – zmuszeni teraz, w większym niż kiedykolwiek stopniu udowodnić swoją niezachwianą lojalność wobec Żydów – mogli go w ogóle zaakceptować jako członka "katolickiej" hierarchii. FSSPX ze swej strony, a przynajmniej ci, którzy pragną zawarcia tego związku są wściekli na bp. Williamsona z powodu tej awantury. Bractwo już po raz któryś z rzędu przystroiło się w suknię ślubną. Ratzinger już oczekiwał ze swym drużbą, Castrillónem Hoyosem u stopni ołtarza. Muzyka zaczęła grać Here Comes the Bride, dziewczynki zaczęły sypać płatki kwiatów przed Oblubienicą, bogato przybraną w haniebne ustępstwa na rzecz modernistów, która w dystyngowany sposób zaczęła sobie torować drogę wzdłuż nawy Jednego Światowego Kościoła. Świat współczesny z niepokojem i ze łzami radości w oczach oczekiwał finału jour de gloire (dnia chwały), kiedy to katolicki ruch oporu wobec modernizmu znalazł się w końcu na drodze do kapitulacji. Również Ratzinger przystrojony był w swój smoking ustępstw: Motu-Msza i zniesienie ekskomuniki, które to rozsierdziły niemal wszystkich biskupów. Nagle muzyka zamiera; Panna młoda zatrzymuje się; Ratzinger jest zaskoczony. Ekumenizm znalazł się w niebezpieczeństwie, a więc Oblubieniec musi wyjść. Panna młoda pozostawiona w nawie bocznej nie wie gdzie się ma udać, tęsknie wyczekuje powrotu Pana młodego.



Są dwa sposoby na wznowienie ceremonii małżeńskiej: (1) ścięcie głowy bp. Williamsona; (2) odwołanie przez bp. Williamsona wygłoszonej "herezji". Uważam, że bp Williamson odwoła swą wypowiedź, gdyż jak sądzę, jest on bardziej oddany Bractwu Św. Piusa X niż swoim różnym teoriom. Dostrzega on, że boleśnie nadszarpnął interesy swojego ukochanego Bractwa i w celu naprawienia szkody zrobi ustępstwo w tej kwestii. Dla FSSPX jest to najprostsze wyjście z sytuacji. Alternatywa, by poświęcić jego głowę, tzn. usunąć go z Bractwa wiąże się z wieloma problemami. Pierwszy jest taki, że schizma FSSPX nie będzie w oczach watykańskich modernistów całkowicie uleczona. Oni chcą wszystkich biskupów. Powiedzieli to już kilka lat temu. Chcą zupełnie uciszyć FSSPX, może z wyjątkiem paru niezadowolonych kapłanów, którzy pewnie odpadną na znak protestu z powodu zawarcia małżeństwa. Moderniści wiedzą, że bez biskupów mogących wyświęcać kapłanów resztówka FSSPX daleko nie zajedzie. Tak więc usunięcie bp. Williamsona wywoła groźbę kontynuacji FSSPX, czyniąc w pewnym sensie daremnym cały proces pojednania. Watykan znalazłby się wtedy w sytuacji najgorszej z możliwych, miałby biskupów Novus Ordo niezadowolonych z ustępstw zrobionych dla FSSPX w celu pojednania, jak również frakcyjną grupę FSSPX, która poniesie dalej starą pochodnię lefebryzmu.



Poza tym bp Williamson znalazł się w bardzo nieciekawej sytuacji. Jeżeli się nie pokaja i nie zaakceptuje usunięcie z FSSPX, to kto na świecie go zechce? Kto będzie chciał być związany z biskupem, który zyskał światową sławę jako nienawidzący Żydów, który ma zakaz wjazdu do wielu państw i który aż do śmierci będzie śledzony przez prasę chcącą go złapać na jakimś kompromitującym uczynku albo oświadczeniu? On jest prawdziwym nieszczęśnikiem. I jeśli nawet pozostanie w FSSPX, to myślę, że sfera jego działalności zostanie ograniczona do pracy biurowej. Nawet pokazanie się w kaplicy FSSPX z okazji bierzmowania ściągnęłoby tabun fotografów.



(2) Biskup Fellay zawrze porozumienie z modernistami i FSSPX osiągnie status prałatury personalnej. Uważam, że dojdzie do tego, ponieważ (1) Ratzinger pragnie tego żarliwie, z powodów, jakie powyżej przedstawiłem; (2) Biskup Fellay pragnie tego żarliwie, jako że zawsze było to marzeniem abp. Lefebvre i nie ma żadnego istotnego powodu, by się temu sprzeciwiać; (3) jest to odpowiedni moment, chwila, która kolejny raz może się nie pojawić.



(3) Nie będzie żadnego znaczącego exodusu z FSSPX ani kapłanów ani świeckich. Pojawiały się pogłoski, że kapłani są rozjątrzeni pomysłem o pojednaniu, ale większość tej furii jest spowodowana tym, że bp Fellay prowadził – a przynajmniej tak się domniemuje – negocjacje z Watykanem bez wiedzy szeregowych członków Bractwa. Jednakże owi kapłani nie mogą z zasady przeciwstawić się pojednaniu, ponieważ było to wyraźnym celem Bractwa od 1974 roku, kiedy doszło do pierwszego potępienia. W przedsionkach ich kaplic wisi portret Ratzingera, a jego imię wymieniają w Kanonie Mszy. Na jakiej podstawie mieliby być przeciwni unii z nim? Uważam w końcu, że ta opozycja (którą szacowano aż na 50%) jest papierowym tygrysem i ostatecznie uspokoją się oraz przyjmą to, co zostanie im przedłożone. W ich głowach nie ma żadnych teologicznych podstaw, na których mógłby się opierać ich sprzeciw.



Wierni w przeważającej części nie sprzeciwią się temu. W Bractwie zawsze myślano o liczbach, o zapełnionych ludźmi ławkach. Z tego powodu powstrzymano się od ostrej krytyki modernistów, zwłaszcza Ratzingera i w rezultacie w owych ławkach mają przeważnie zwolenników Novus Ordo, którym jedynie zdarza się lubić tradycyjną Mszę. Pojednanie będzie dla nich mile widzianą wiadomością. Owszem, znajdzie się kilku, którzy mogą zakończyć w kaplicach sedewakantystów, ale nie będzie ich wielu.





ZAKOŃCZENIE



Około siedemnaście lat temu napisałem artykuł pod tytułem Góry Gelboe (d), w którym szczegółowo opisałem "teologię" FSSPX i w jaki sposób doprowadzi ona do ostatecznego pojednania z modernistami. Porównałem ją z górami Gelboe w Piśmie Świętym, gdzie Saul przywiódł swą armię by walczyć z Filistynami. Izraelici zostali zmasakrowani, a Saul w rozpaczy popełnił samobójstwo. Po tej klęsce Dawid przeklął te góry, ponieważ "polegli tam najprzedniejsi z Izraela".



Arcybiskup Lefebvre w 1970 roku utworzył organizację, która stopniowo przyjęła rolę "najprzedniejszych z Izraela", tzn. przyciągnęła młodych ludzi z całego świata, którzy chcieli zaciągnąć się do wojska na wojnę z Filistynami, czyli modernistami. Szeregi Bractwa się powiększały, a kapłani z kolei przyciągali ludzi świeckich, którzy szukali alternatywy dla filistyńskich rządów.



Jeżeli to pojednanie dojdzie do skutku, kolejny raz powtórzy się powszechna rzeź najprzedniejszych z Izraela.



Bractwo Św. Piusa X musi albo porzucić swoją otwartość na modernistów, albo musi się z nimi połączyć. Jeżeli wybierze trwanie na obecnym stanowisku, to wtedy mam nadzieję, że do tego pojednania dojdzie, ponieważ oczyści to w końcu atmosferę, logiczne kurczaki przybędą do domu usiąść na grzędzie (a) i staną się oficjalnie tym czym są teraz faktycznie: organizacją Novus Ordo, która kultywuje pewne praktyki i przekonania, które są mniej lub bardziej tradycyjne. W obecnym stanie stanowią oni zagrożenie dla dusz.



Przypominam sobie jak w kwietniu 1983 roku stałem na werandzie seminarium w Ridgefield tuż obok arcybiskupa Lefebvre, wówczas jeszcze ks. Williamsona i ks. Rocha. Naśmiewali się z zarzutu, jakim ks. Dolan podzielił się z wiernymi – a mianowicie, że pewnego dnia arcybiskup poprowadzi tradycjonalistów wprost do Novus Ordo. Obecnie FSSPX jest już w przedsionku u Ratzingera – i zupełnie nie ma się z czego śmiać.



Bp Donald J. Sanborn (*)




www.traditionalmass.org



Tłumaczył Mirosław Salawa



––––––––––––––––––––––

Przypisy:

(1) Np. używanie tronu zamiast faldistorium. Tron jest zwykle zarezerwowany dla biskupa diecezjalnego, ale został on przyznany arcybiskupowi Lefebvre jako osobisty przywilej, forma uhonorowania. Są także inne szczegóły tego typu, których zwykli używać czterej biskupi, jak gdyby abp Lefebvre osobiście dalej w nich żył.



(*) JE BP DONALD J. SANBORN został wyświęcony do stanu duchownego przez arcybiskupa Lefebvre w 1975 roku. Był rektorem seminarium FSSPX w Stanach Zjednoczonych w latach 1977 – 1983. W 1995 roku założył Seminarium Trójcy Świętej, które obecnie mieści się w Brooksville, na Florydzie.


(a) (Chickens) come home to roost (zwykle o złym czynie) obracać się przeciwko komuś; mścić się; sprowadzać nieszczęście na osobę, która zrobiła coś złego; poch. Motto wiersza The Curse of Kehama  "Klątwa Kehamy" Roberta Southeya (1774  1843): Curses are like young chickens, they always come home to roost  "Przekleństwa spadają, na głowę przeklinającego  są jak kurczaki, które zawsze przychodzą do domu, aby osiąść na grzędzie". (Słownik angielskich idiomów i utartych zwrotów z indeksem polskim. Wyd. Philip Wilson. Warszawa 2005).


(b) Por. Bp D. J. Sanborn. Ratowanie dzidziusia.






(d) Por. Bp D. J. Sanborn. Góry Gelboe. 


Przypisy literowe od redakcji Ultra montes.

Za: www.ultramontes.pl