Cytaty:

"Papa materialiter tantum, sed non formaliter" (Papież tylko materialnie, lecz nie formalnie)

J.E. ks. bp Guerard des Lauriers



"Papież posiada asystencję Ducha Świętego przy ogłaszaniu dogmatów i zasad moralnych oraz ustalaniu norm liturgicznych oraz zasad karności duszpasterskiej. Dlatego, że jest nie do pomyślenia, aby Chrystus mógł głosić te błędy lub ustalać takie grzeszne normy dyscyplinarne, to tak samo jest także nie do pomyślenia, by asystencja, jaką przez Ducha Świętego otacza On Kościół mogła zezwolić na dokonywanie podobnych rzeczy. A zatem fakt, iż papieże Vaticanum II dopuścili się takich postępków jest pewnym znakiem, że nie posiadają oni autorytetu władzy Chrystusa. Nauki Vaticanum II, jak też mające w nim źródło reformy, są sprzeczne z Wiarą i zgubne dla naszego zbawienia wiecznego. A ponieważ Kościół jest zarówno wolny od błędu jak i nieomylny, to nie może dawać wiernym doktryn, praw, liturgii i dyscypliny sprzecznych z Wiarą i zgubnych dla naszego wiecznego zbawienia. A zatem musimy dojść do wniosku, że zarówno ten sobór jak i jego reformy nie pochodzą od Kościoła, tj. od Ducha Świętego, ale są wynikiem złowrogiej infiltracji, jaka dotknęła Kościół. Z powyższego wynika, że ci, którzy zwołali ten nieszczęsny sobór i promulgowali te złe reformy nie wprowadzili ich na mocy władzy Kościoła, za którą stoi autorytet władzy Chrystusa. Z tego słusznie wnioskujemy, że ich roszczenia do posiadania tej władzy są bezpodstawne, bez względu na wszelkie stwarzane pozory, a nawet pomimo pozornie ważnego wyboru na urząd papieski."

J.E. ks. bp Donald J. Sanborn

wtorek, 27 czerwca 2017

Zboczenia pseudomistycyzmu: towianizm i kozłowityzm - Bp Józef Sebastian Pelczar

Znalezione obrazy dla zapytania bp józef sebastian pelczar 
W czasach niedowiarstwa rozwielmożnia się zabobonność (1) i pseudomistycyzm, co stąd pochodzi, że człowiek musi w jakiś sposób zaspokoić potrzebę wiary, tkwiącą na dnie duszy. Widzieliśmy to w wieku XVIII, gdzie szalbierze, jak Mesmer, hr. Saint-Germain, hr. Cagliostro (właściwie Balsamo) i inni, wielu łatwowiernych z klasy wyższej oszukali. Widzieliśmy to także w wieku XIX; i stąd ta wiara w objawienia Michała Vintras'a (2), Dawida Lazzaretti'ego (3), mediolańczyka Romano, mieniącego się "drugim zbawicielem świata" i innych, – stąd również to zamiłowanie w dociekaniach magnetyzmu zwierzęcego i hipnotyzmu (4); stąd to lgnienie do buddyzmu, magii, spirytyzmu, teozofii i okultyzmu; stąd ten kult szatana, pojawiający się w pismach niektórych poetów, jako też w niektórych dziennikach antyreligijnych (np. Il Lucifero, Ateo), a czasem nawet w pochodach publicznych (5).
 
Również w początkach wieku XX widzieliśmy objawy czy to spirytyzmu, czy leczenia chorób przez modlitwę (6), czy magicznego prawie wpływu takiego Joana Kronstadzkiego i Grzesi Rasputina w Rosji, czy wróżbiarstwa z gwiazd, które z Anglii, gdzie utworzyło się stowarzyszenie Raphaels Astronomical Ephemeris of the Planets Places, przeszło do innych krajów (7).
 
Od tego rodzaju zboczeń nie uchowało się także społeczeństwo polskie; mianowicie w wieku XIX-tym pojawił się towianizm, w XX-tym mariawityzm albo kozłowityzm, jako wybitnie polskie płody.

 
Twórcą towianizmu był Andrzej Towiański, szlachcic litewski, ur. 1 stycznia r. 1799 w Autoszwińcach niedaleko Wilna, zmarły 13 maja r. 1878 w Zurychu (8). Od pobożnej matki nabrał on wcześnie uczuć religijnych, ale nie ustrzegł się porywów ambicji; marzył bowiem o tym, by zostać większym i sławniejszym od Napoleona, dla którego, jak niemniej dla Kościuszki i dla cara Aleksandra I, miał cześć niezwykłą. Jako uczeń gimnazjum i uniwersytetu wileńskiego oddawał się chętnie modlitwie i marzeniom egzaltowanej wyobraźni; a wtenczas zdawało się mu, że słyszy głosy wewnętrzne, odbiera objawienia i rozmawia z duchami. Bez wątpienia udzielił się mu prąd pseudomistycyzmu, zwanego San Martinizmem, za Aleksandra I w Rosji modnego; a znać także u niego wpływy Swedenborgianizmu, wolnomularstwa, magnetyzmu i słowianofilstwa. Ulubioną jego lekturą było Pismo św., wówczas przez protestanckie Towarzystwo Biblijne i na Litwie rozszerzane, jako też Tomasza a Kempis "O naśladowaniu Chrystusa Pana"; z drugiej strony wiara jego osłabła, bo gorszyli go niektórzy księża, nieżyjący według nauki Chrystusa, z czego wysnuł wniosek, że Kościół katolicki potrzebuje odrodzenia i że to odrodzenie może wyjść od kogoś, co stoi poza Kościołem.
 
Co do sprawy narodowej, powstanie listopadowe Towiański jawnie ganił, a ciężkie klęski i prześladowania przedstawiał jako karę Bożą za sprzeniewierzenie się narodu danej mu od Boga misji.
 
W r. 1830 ożenił się z Karoliną Maksówną, skłonną również do wizji niby mistycznych; poczym opuściwszy Wilno, gdzie od r. 1818 był urzędnikiem sądowym, zamieszkał w majątku rodzinnym, by oddać się gospodarstwu i zarazem pracy nad umoralnieniem ludu, dla którego rzeczywiście wiele zrobił dobrego. Rozczytując się w Apokalipsie św. Jana, wmówił w siebie, i w garstkę zwolenników swoich, mianowicie w Ferdynanda Gutta i Wincentego Wańkowicza, że przyszedł czas, w którym ma dokonać misji od Boga danej i wystąpić jako reformator nie tylko narodu swego, ale całej ludzkości, czyli jako on sam mówił, że już jest pora "realizacji Słowa".
 
W tym duchu podjął w r. 1832 podróż do Petersburga, w r. 1835 do Drezna, w r. 1837 na stałe zagranicę, gdzie z wielkim pietyzmem zwiedził pola bitew napoleońskich, a do Paryża przybył właśnie w tym czasie, kiedy tam sprowadzono z wyspy św. Heleny kości ubóstwianego przez niego cesarza. Chcąc propagandę swoją poprzeć powagą jakiegoś głośnego męża, zwrócił się najpierw do arcybiskupa Dunina w Poznaniu, następnie do jenerała Skrzyneckiego w Brukseli. Arcybiskup nie chciał słuchać dłużej jego wywodów o wędrówce dusz, Skrzynecki zaś zdawał się z początku wierzyć "mistrzowi", którego poznał w Dreźnie i od którego otrzymał w darze pismo pt. "Biesiada", jakby nową ewangelię; ale gdy się dowiedział, że Towiański od lat 20 nie spowiadał się, i gdy nie mógł go namówić do spowiedzi, zerwał wszelkie z nim stosunki (9).
 
Tedy Towiański postanowił zarzucić swe sidła na Adama Mickiewicza, którego wszystkie stosunki znał dobrze z opowiadań A. E. Odyńca i szwagra swojego Dr. Gutta. Wiedział mianowicie, że nasz wieszcz miał szlachetne serce i wiele uczucia religijnego, ale też wielką skłonność do mistycyzmu, wyczerpniętą z czytania pism Saint Martina, – że już od r. 1833 starał się wraz z Jańskim, Platerem, Koźmianem, Witwickim, Kajsiewiczem, Semenenką, i innymi o podniesienie ducha religijnego u emigrantów, – że nadto wskutek zmęczenia wykładami w College de France, tęsknoty za ojczyzną, umysłowej choroby swej żony, jakiej po każdym połogu dostawała, i przykrego niedostatku znajdował się w stanie duchowej depresji. Otóż Towiański nagłym uleczeniem żony Mickiewicza, dokonanym za pomocą sugestii, wynoszeniem go pod niebiosa jako "mistrza słowa" i "proroka serca", a szczególnie obietnicą wskrzeszenia i odrodzenia Polski, tak opanował umysł autora "Dziadów" i "Ksiąg narodu i pielgrzymstwa polskiego", że tenże stał się zapalonym jego poplecznikiem. Ale też odtąd natchnienie wieszcze ustało i lutnia poety zamilkła. Pozyskawszy nadto dwóch przyjaciół Mickiewicza: Antoniego Góreckiego i Izydora Sobańskiego, mógł Towiański poświęcić tych trzech na apostołów "sprawy Bożej" i ogłosić, że 7 sierpnia 1841 o godzinie 10 rano "początek tej sprawy zrobiony został".
 
Po rekolekcjach "świeckich", odprawionych z Mickiewiczem w letnim jego mieszkaniu, wypowiedział Towiański w katedrze Notre Dame 27 września 1841, po odśpiewaniu Veni Creator i po Mszy, w której wraz z Mickiewiczem przyjął Komunię św., do dwustu przeszło emigrantów dłuższą przemowę, a w niej te słowa: "Przychodzę uwiadomić was, że wkrótce wszystkie nasze cierpienia ustaną, wszystkie cierpienia ludzkości z przemocy i siły materialnej pochodzące przeminą; ewangelia obejmie w całej rozciągłości swe panowanie, zajaśnieje nie w słowach i formach, ale w sercach wszystkich i ludy wolnością pocieszone będą". Kiedy arcybiskup paryski Dionizy Affre wzbronił Towiańskiemu publicznych występów w kościołach, miewał on konferencje niedzielne, najprzód w mieszkaniu Mickiewicza, później zaś w domu własnym, w Nanterre, na które przychodził, kto chciał. Mickiewicz przejął się mocno wiarą "w mesjańskie posłannictwo Polski" i propagował tę ideę czy to z katedry w College de France, czy w osobnych książkach (L'église officielle et le Messianisme, – L'église et le Messie). Jego wymowie i powadze udało się zebrać pewną liczbą adeptów i utworzyć tzw. "koło" (10), którego członkowie po wysłuchaniu górnolotnych mów Mickiewicza, jakby arcykapłana, żarliwie się modlili o pomyślność "sprawy Bożej", a nawet przed sobą się spowiadali. Opowiada Z. S. Feliński w broszurze "Trzej wieszczowie wobec Kościoła", że Antoni Górecki, opuściwszy mistrza, zaprowadził w swoim kole nową liturgię, która na tym polegała, że ubogich emigrantów zapraszał na obiady, a na końcu, po obroku duchownym, powtarzał słowa konsekracji nad chlebem i rozdawał go klęczącym wyznawcom swoim, po czym to samo czynił z winem.
 
Za Mickiewiczem poszedł Juliusz Słowacki, autor "Króla-Ducha", ale później zerwał z osobą mistrza. Natomiast Zygmunt Krasiński stronił zawsze od Towiańskiego, którego nazywał tylko "magiem i magnetyzerem potężnym", acz w jego poezjach spotykamy się z niektórymi ideami towianizmu. Obietnicą rychłego wskrzeszenia Polski zjednał sobie Towiański pewną liczbę zwolenników, którzy według słów ks. Kajsiewicza, przyjęli "sprawę Bożą" "w dobrej wierze, nic prawie o nowych dogmatach nie wiedząc". Towiański zapędzał ich tylko do modlitwy i do "wyrabiania ducha"; w tym względzie wielu przypomniało sobie, że jest Bóg i że mają duszę, ale to wszystko gorączkowo, konwulsyjnie, chorobliwie.
 
Z drugiej strony przeciw "mistrzowi" wystąpili stanowczo nie tylko OO. Zmartwychwstańcy, ale także niektórzy emigranci świeccy, zwłaszcza Stefan Witwicki, który Towiańskiego nazwał "marzycielem, wpadającym w chorobę wizjonerstwa, a nie noszącym w sercu wiary naszej świętej, ale urojoną własną, z rozmaitych błędów dawnych i nowych usnutą". Do zdemaskowania mistrza przyczyniła się szczególnie rozmowa jego z O. Piotrem Semenenką, miana w Brukseli, po której Semenenko taki ogłosił wyrok, że Towiański jest zręcznym komediantem (11). Kiedy obietnice jego, odnoszące się do Polski, nie spełniały się, zmniejszała się co rok liczba adeptów "koła", któremu po Mickiewiczu przewodniczył jenerał Karol Różycki. Za to staraniem towiańszczyka ks. Edwarda Duńskiego utworzyła się grupa czcicieli "mistrza" we Włoszech, gdzie wskutek prądów rewolucyjnych obudziła się niechęć do papieża i do Kościoła. Jednym z najzagorzalszych był Tancredi Canonico, który życie i naukę mistrza opisał w dziele swoim "Andrea Towianski" i dla niego kilku mężów wybitnych, między innymi arcybiskupa Puecher Passavalli'ego i powieściopisarza Fogazzaro pozyskał, podczas gdy biskup z Cuneo w orędziu swoim z 12 października 1857 naukę Towiańskiego, jako heretycką, potępił.
 
Jakąż była doktryna Towiańskiego? On sam jej nie spisał, mimo obietnicy danej emigrantom; mamy tylko mgliste i zawiłe jego pismo pt. "Biesiada", dane w r. 1841 jenerałowi Skrzyneckiemu, które w r. 1850 O. Semenenko w dziełku: Towiański et sa doctrine krytycznie rozebrał. Mimo dwuznaczników i wykrętów, często przez mistrza używanych, nietrudno jest dowieść, że jego nauka zawiera błędy dogmatyczne, które według przytoczonego dziełka O. Semenenki i według pisma włoskiego "L'apologista" dają się streścić w następujących zdaniach:
 
Bóg jest światłem ogólnym, z którym się zleją światła szczególne (manicheizm). Stworzenie świata tak się odbywa, że Bóg wyprowadza istoty z czegoś surowego uprzednio istniejącego, przechodząc "z brudów niższej operacji coraz wyżej aż do Boga" (gnostycyzm). Na ziemi panuje duch piekieł, to jest, duchy niskie (manicheizm). Grzechu pierworodnego nie ma, a natura ludzka nie jest zepsuta (pelagianizm). Odkupienie w ten sposób się stało, że "Jezus Chrystus świętością swoją sprowadził światła kolumnę i nią grube ciemności ziemi rozpędził". On w tej sprawie jest pierwszym po Bogu działaczem, potem idą Cherubini, potem Napoleon "przedostatni w świętej kolumnie", w końcu posłany został Towiański, by "zapalić narody wybrane ogniem świętej miłości". Zmartwychwstania nie ma, tak jak i Chrystus nie zmartwychwstał (gnostycyzm). Wiara w sąd ostateczny, jako też w wieczne nagrody i kary upada, skoro dusze po wyjściu z ciał mogą znowu wracać na ziemię i dla odpokutowania swoich win łączą się znowu z ciałem (metempsychoza, buddyzm). Kościół katolicki, nazwany przez Towiańskiego kościołem urzędowym, wystarczał według niego w owych wiekach, kiedy ludzkość była niemowlęciem, ale w dzisiejszej epoce ciągłego postępu sprzeniewierza się swojej misji; natomiast jest inny kościół wewnętrzny, który według woli Chrystusa ma się ziszczać w każdej duszy, stąd nie do Kościoła urzędowego ani do Stolicy Apostolskiej, ale wprost do Chrystusa zwracać się trzeba (protestantyzm, mariawityzm); acz z drugiej strony Towiański z Kościoła "urzędowego" nie wystąpił i osobnej sekty nie utworzył.
 
Co do zasad etycznych, Towiański polecał szczególnie egzaltację ducha, do czego ma służyć modlitwa. Nie odrzucał on Sakramentów św., ale nadawał im inne znaczenie, bo u niego wszystko zależało na poruszeniu duszy naszej dla Boga, które sprowadza kolumnę duchów świętych, a stąd łaskę; odwoływał się przy tym ciągle do uczucia i do woli, tak że nie bez słuszności zaliczono go do przesłańców modernizmu.
 
Co do środków do uświęcenia się, Towiański zalecał także wpatrywanie się w obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, cześć krzyża białego bez osoby Chrystusa, odśpiewywanie marszu "sprawy świętej", pielgrzymki do miejsc świętych, a między tymi na pole bitwy pod Waterloo, i zachowanie postu, tj. wstrzymanie się od działań, rozmów i myśli, które by nie były w zgodzie ze "sprawą świętą".
 
Uważając się za reformatora ludzkości, podnosił trzy przede wszystkim narody jako powołane do spełnienia "sprawy Bożej", tj. Izraelitów, Polaków i Francuzów, byle wszystkie przejęły się duchem Napoleona. On też głosił idee mesjanizmu Polski, rozwiniętą więcej przez Mickiewicza, a przymieszał do niej utopie panslawistyczne i żywą sympatię dla Rosji, co wyraził w liście do cara Mikołaja I (z 15 sierpnia 1844), wzywającym go w słowach najpokorniejszych, aby przyjął "sprawę Bożą" i wprowadził ją w życie wśród ludów słowiańskich. List ten, jak niemniej adres wiernopoddańczy towiańszczyków z 8 stycznia 1857, przesłany Aleksandrowi II, wszystkich patriotów wielce oburzył.
 
Oceniając naukę Towiańskiego ze stanowiska dogmatycznego, musimy wyrzec, że ona jest zlepkiem różnych błędów heretyckich. Nic też dziwnego, że dwa jego pisma tj. "Biesiadę" (12) i Odezwę pt. "Do rodaków, tułacz kończący tułactwo" (13), jako też duże wymienione wyżej książki Mickiewicza (14) i pisma towiańszczyka Karola Różyckiego Duński pretre zélé (15), Kongregacja Indeksu, jako zawierające błędne zdania, potępiła.
 
Mimo to Towiański uważał się za dobrego katolika, acz wyrokowi Stolicy Świętej się nie poddał. Czy działał on w dobrej wierze? Niektórzy pisarze to przypuszczają, twierdząc, że nie był on sekciarzem w ścisłym znaczeniu słowa, ale raczej wizjonerem, ulegającym patologicznie własnym złudzeniom, czyli tzw. autosugestii (16), która prowadzi czasem aż do maniactwa, skrystalizowanego tzw. fixa idea. Bez wątpienia spostrzegamy w Towiańskim chorobliwą skłonność do mistycyzmu; ale z drugiej strony nie możemy tego zamilczeć, że działał on z wyrachowaniem i przebiegłością, – że w swoich przemowach uwzględniał bacznie wszystkie okoliczności i nieraz myśli swoje ukrywał albo w tajemniczą odziewał szatę, – że co do nauki swojej nie tylko od takich mężów, jak arcybiskup Dunin, jenerał Skrzynecki, O. Semenenko, nuncjusz Piusa IX Bovieri, wyjaśnienia i przestrogi otrzymał, ale wyraźne wyroki Stolicy Świętej wywołał, a jednak błędów swoich nie porzucił (17) i w uporze swoim wytrwał do śmierci. Czy tak postępuje człowiek dobrej wiary i dobrej woli? Tymczasem są pisarze, którzy Towiańskiego i towianizm wysoko podnoszą, przeoczając zupełnie, czy nawet lekceważąc jego stosunek do Kościoła i do dogmatów katolickich. Co więcej, autorka dziełka Służba narodowa w sprawie Andrzeja Towiańskiego zalicza go do świętych mistyków Kościoła, nie pomnąc na to, że ci mistycy byli prawowiernymi i najposłuszniejszymi synami czy córkami Kościoła, podczas gdy Towiański powagi Stolicy Świętej nie uznał, błędne zdania szerzył, i jakiś kościół wewnętrzny zachwalał (18). Wystąpienie jego musimy nazwać obłędem szkodliwym, a towianizm jedną z klęsk narodowych (19).
 
Drugi obłęd, zwany mariawityzmem, mankietnictwem albo kozłowityzmem, a szerzący się w Królestwie Polskim i na Litwie, zawdzięcza swój początek Feliksie Magdalenie (a w tercjarstwie Marii Franciszce) Kozłowskiej, właścicielce zakładu wyrobu szat liturgicznych w Płocku (ur. w r. 1864). Sprytna i obłudna ta kobieta, która w młodości różne przeszła koleje, a której przed sądem warszawskim w maju r. 1906 udowodniono sprawki niemoralne (20), kierowała najprzód (w r. 1887) tajnym stowarzyszeniem tercjarek św. Franciszka (Klarysek), pod nazwą "mariawitek", i to z wiedzą O. Honorata Koźmińskiego, kapucyna z Nowego Miasta († 1916), który dla podniesienia ducha religijnego w społeczeństwie polskim, zgromadzenia zakonne tajne, tak męskie, jak żeńskie, był utworzył. Chcąc także pośród duchowieństwa obudzić większy ruch ascetyczny, miał on wtajemniczyć w swe zamiary Kozłowską (21); ona też powołując się na bezpośrednie objawienia Boże, poczęła w r. 1893 głosić, że Bóg ją wezwał do założenia zakonu księży mariawitów, i panien mariawitek, iżby odrodzić "zepsute duchowieństwo polskie" i rozszerzyć w społeczeństwie polskim cześć Przenajświętszego Sakramentu i Matki Boskiej Nieustającej Pomocy.
 
Rzeczywiście pod jej przewodnictwem powstało w r. 1893 "zgromadzenie kapłanów mariawitów", mające w Płocku główną swą siedzibę, a rządzące się pierwszą regułą św. Franciszka, z trzema ślubami zakonnymi. Kapłani ci, zwani także mankietnikami (22), iż zazwyczaj czarne nosili mankiety, zewnętrznymi objawami ascetyzmu, jako też zachwalaniem wszystkim częstej Komunii św., adoracji Przenajświętszego Sakramentu i czci Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, zyskali sobie niemałą wziętość, tak że nawet rządcy diecezyj, zwłaszcza X. Petrykowski, administrator płocki, życzliwie na nich patrzyli. Byli między nimi ludzie dobrej woli, pragnący szczerze poprawy rozluźnionej tu i ówdzie, a głównie z winy rządu, karności kapłańskiej; ale jednym brakowało głębszej nauki teologicznej, a innym pokory. Obok dwóch zgromadzeń zakonnych powstało stowarzyszenie tercjarskie dla osób obojej płci i bractwo adoratorów i adoratorek Przenajświętszego Sakramentu; a wszystkim kierowała Maria Franciszka Kozłowska.
 
Duchowna ta "mateczka", zerwawszy z O. Honoratem, poczęła występować śmiało jako reformatorka duchowieństwa polskiego i ogłaszać swe wizje, otrzymane rzekomo od Chrystusa Pana. Niektórzy z pośród księży mariawitów uwierzyli w te szalbierstwa, inni udawali, że wierzą; a na ich czoło wysunął się X. Jan Michał Kowalski, proboszcz w Sobótce, w archidiecezji warszawskiej, człowiek ambitny i zuchwały, którego "bracia" w r. 1904 wybrali "generałem". On to, jak twierdzą, miał się porozumieć z apostatą i renegatem Skrochowskim, autorem ohydnych pamfletów przeciw religii katolickiej, a po apostazji kontrolerem rządowym dróg żelaznych w Królestwie Polskim, aby pod opieką rządu utworzyć jakby kościół narodowy polski; toż nic dziwnego, że rząd od początku popierał ruch mariawicki. Istnieje dokument, w którym XX. Kowalski i Skolimowski, imieniem mariawitów, przyrzekają bezwzględną lojalność i posłuszeństwo dla monarchy i rządu, jako też działanie przeciw wszelkiej agitacji patriotyzmu narodowego (23).
 
Kiedy biskup Jerzy Szembek wstąpił na stolicę płocką i ostrzeżony, jak twierdzą, przez O. Honorata, przeniknął machinacje mariawitów (24), odniósł się z tym do Stolicy Apostolskiej, która dekretem Świętej Kongregacji Inkwizycji z 4 września 1904 rozwiązała zgromadzenie mariawitów, uznała wizje Kozłowskiej za urojone, i kazała ją usunąć od przełożeństwa tak nad kobietami, jak nad kapłanami.
 
Mariawici u stóp Piusa X przyrzekli poprawę i dekretowi Świętej Inkwizycji pozornie się poddali, a tymczasem udaną pobożnością, niepobieraniem opłat stuły (25), piorunowaniem nawet z ambon na "złych księży", urządzaniem częstych nabożeństw i tworzeniem różnych zakładów pomnażali liczbę swoich zwolenników, których zwodzili kłamliwą wieścią, jakoby Ojciec Święty Pius X dał im aprobatę i błogosławieństwo.
 
Dnia 30 stycznia r. 1906 zebrawszy się w Płocku, postanowili wznowić zgromadzenie swoje i dla prowadzenia "dzieła miłosierdzia", rozpoczętego przez Kozłowską, wybrali ponownie X. Kowalskiego swoim "mistrzem generalnym" (26). Posuwając się coraz dalej w swym uporze, już 8 lutego 1906 wypowiedzieli posłuszeństwo biskupowi płockiemu, a następnie innym także biskupom polskim, za co ich spotkała kara suspensy.
 
Kowalski podjął po raz wtóry podróż do Rzymu, aby się przed Ojcem Świętym usprawiedliwić; ale wróciwszy do kraju, za poradą Kozłowskiej, obietnic danych nie dotrzymał.
 
Nowe wichrzenia i bezprawia, których widownią były nawet niektóre kościoły, wywołały pismo Piusa X Tribus circiter (z 5 kwietnia 1906), potępiające związki mariawitów i grożące im karami kościelnymi (27). Oni jednak podnieśli jawny bunt już nie tylko przeciw biskupom, ale także przeciw Stolicy Świętej i utworzyli osobną polską sektę, która przypomina dawnych Katarów i niemałe ma podobieństwo do rosyjskiej sekty O. Jana Kronsztadzkiego.
 
Mianowicie Kowalski w okólniku z 13 kwietnia 1906 kazał duchownym mariawickim głosić z ambon, że mariawici wierzą: 1) w to wszystko, czego Kościół katolicki naucza, 2) że Pan Bóg Marię Franciszkę (Kozłowską) uczynił najświętszą i dał jej te łaski, jakie dał Najświętszej Maryi Pannie, Matce Bożej, 3) że w ręku św. Marii Franciszki jest miłosierdzie dla całego świata i nikt bez jej pomocy i pośrednictwa nie dostąpi miłosierdzia, 4) że modlitwa do św. Marii Franciszki nie tylko jest pożyteczna, ale konieczna do odparcia szatańskich zasadzek i do utwierdzenia duszy w łasce Bożej (28). Nic dziwnego, że cześć Kozłowskiej przybrała potworne iście rozmiary, tak dalece, że jak donosiły dzienniki, księża mariawiccy padali przed nią na kolana, a jeden z nich dawał relikwiarz z jej włosami do pocałowania sekciarzom!
 
Ponieważ mariawici nie poddali się wyrokowi Piusa X z 5 kwietnia 1906, przeto Kongregacja Świętej Inkwizycji, na wyraźny rozkaz Papieża, dekretem z 5 grudnia 1906 wyklęła imiennie Kowalskiego i Kozłowską; a taka sama kara spotkała później innych także księży mariawickich.
 
Nie ulega wątpliwości, że mariawici są heretykami (29); odrzucają bowiem władzę hierarchiczną i prymat Ojca Świętego, twierdząc, wraz z schizmatykami, że Kościół ma tylko niewidzialną głowę – Jezusa Chrystusa, podczas gdy widzialna głowa jest niepotrzebną.
 
Jest również heretyckim ich zdanie, że Pismo św. jest jedynym źródłem objawienia i że podmiotem nieomylności w rzeczach wiary jest każdy człowiek.
 
Krom tego zarzucić im trzeba, że błędnie przedstawiają praktykę częstej Komunii i adoracji Przenajświętszego Sakramentu, jakoby obok modlitwy do Matki Bożej Nieustającej Pomocy była koniecznie potrzebną do zbawienia, – że wprowadzają język polski do liturgii, – że Kościołowi odmawiają przynależnych mu praw, – że z wielką przewrotnością zohydzają biskupów i kapłanów polskich, jako niby winnych wszelakich występków, i dlatego pozbawionych władzy duchownej, a Stolicę Świętą nazywają "wszetecznicą apokaliptyczną".
 
Taktyka mariawitów następujące przeszła koleje. Najprzód głosili, że wierzą w to wszystko, co Kościół do wierzenia podaje, i że mimo zerwania stosunków z Rzymem i z biskupami nikt z mariawitów nie przestaje być katolikiem, ale tylko staje się doskonalszym, przeto że uczestniczy w "dziele miłosierdzia", którego sprawczynią jest święta mateczka Kozłowska. Postanowili nawet na zjeździe, w r. 1906 w Płocku odbytym, nie wprowadzać żadnych nowości pod względem kultu publicznego. Wnet jednak, snadź według wskazówek idących z Petersburga, utworzyli osobną organizację i zmienili w liturgii język łaciński na polski (r. 1908).
 
Niedorzeczny ten obłęd, zarówno antykatolicki, jak antynarodowy (30), nie byłby się tak prędko rozszerzył, gdyby nie pomoc socjalizmu z jednej, a rządu rosyjskiego z drugiej strony (31). Także duchowieństwo prawosławne powitało z radością powstanie tej sekty, a znany archirej Eulogiusz w mowie mianej 28 czerwca r. 1906 w Chełmie, wyraził nadzieję, że cała Polska "zrywając z łacińskim zabobonem", stanie się mariawicką, poczym mariawityzm zleje się z prawosławiem. Mając poparcie z Petersburga (gdzie niektóre pisma, jak Nowoje Wremia, Swiet i inne wzięły mariawitów pod swoją opiekę), potrafili oni do r. 1911 zbudować 90 domów modlitwy, a przy tym zorganizować 70 okręgów parafialnych, podzielonych na dwie prowincje, polską i litewską, i zgromadzić kilkadziesiąt tysięcy, a według niektórych wersyj, przeszło sto tysięcy "owieczek".
 
Księża-apostaci, których w r. 1911 było 29 (oprócz 5 diakonów), werbują sobie wiernych nie tylko ciągłymi nabożeństwami i pozorami ubóstwa – bo chodzą w szarych sukniach i żyją tylko z ofiar, – ale także zaprowadzeniem ustroju demokratycznego w zarządzie sekty (32), jako też tworzeniem zakładów i dzieł ekonomicznych, jak ochronek, szkół, domów ludowych, warsztatów, kas pożyczkowych, sklepów spółdzielczych itp.
 
Chcąc utrwalić byt swojej sekty, weszli oni w porozumienie ze starokatolikami w Wiedniu, z "polsko-narodowym kościołem" pseudobiskupa Hodura w Ameryce północnej i z sektą Jansenistów w Holandii; poczym X. Jan Maria Michał Kowalski otrzymał 5 października 1909 w Utrechcie sakrę biskupią z rąk jansenistowskiego arcybiskupa Gerarda Gul, a uzyskawszy od rządu uznanie, dwóch najzagorzalszych swoich satelitów, X. Leona Gołębiowskiego i X. Romana Próchniewskiego, na "biskupów-koadiutorów" wyświęcił (r. 1910) (33).
 
Odtąd propaganda sekty stała się zuchwalszą, tak że jej "misjonarze" zapuszczali się nawet do Galicji (34). Wprawdzie XX. Redemptoryści i inni zakonnicy, dostawszy się do Królestwa na mocy edyktu tolerancyjnego z r. 1905, pewną liczbę mariawitów świeckich, trzymanych zresztą w wielkim odosobnieniu i w szale fanatycznym, przywiedli do upamiętania się, ale rząd wzbronił dalszego odbywania misyj, spodziewając się, że mariawityzm posłuży za pomost do prawosławia (35).
 
Tymczasem prędzej, niż przypuszczano, nastąpił rozłam w łonie mariawityzmu. Oto proboszcz warszawskiej gminy mariawickiej, nazwiskiem Wacław Żebrowski, nie tylko z ambony ogłosił potrzebę publicznej spowiedzi i sam swoje wykroczenia wyjawił, ale napiętnował także niemoralne życie wielu innych duchownych mariawickich i zarzucił tak Kowalskiemu, jak Kozłowskiej zaprzepaszczenie istoty mariawityzmu dla osobistych widoków (36). Nadto wynalazł świętszą jeszcze "mateczkę" w osobie mariawitki Marii Cygler (inaczej Marii Cychlarz lub Marii z Pragi), później zaś w spółce z apostatą Stefanem Bortkiewiczem utworzył w Warszawie nową sektę "pierwszych chrześcijan", która przez rząd została uprawniona.
 
Wprawdzie udało się Kowalskiemu, przy pomocy delegata rządowego Tiażelnikowa, złożyć z urzędu Żebrowskiego i na jego miejsce przeprowadzić wybór Próchniewskiego (37), a Marię Cygler, jako obcą poddaną, wydalić zagranicę; ale mimo to wrzenie pośród mariawitów nie ustało.
 
Natomiast rząd rosyjski, dla podniesienia powagi mariawityzmu, uznał go za osobny związek wyznaniowy i pozwolił duchownym mariawitom organizować gminy kościelne i osobne cmentarze, odprawiać nabożeństwa, prowadzić księgi stanu cywilnego itd.; a zastrzegł sobie tylko prawo zatwierdzania ich biskupów. Za to "biskupi" mariawiccy jeździli do Petersburga z hołdami, i wobec "świętego Synodu" piorunowali na katolicyzm, aby poprawić smutne bardzo finanse sekty (38).
 
W r. 1915 rząd austriacki przez komendę wojskową w Lubelskim rozkazał zamknąć wszystkie mariawickie kościoły, szkoły i zakłady, a to na tej podstawie, że w okupowanych ziemiach tylko te wyznania mogą mieć swe nabożeństwa, które są tolerowane w monarchii austriackiej, co do mariawityzmu zastosować się nie da (39). Ale w r. 1918 zniesiono w okupacji austriackiej to rozporządzenie i wolność mariawitom przyznano; podczas gdy w okupacji niemieckiej Królestwa wzięto ich jawnie w opiekę.
 
Mimo to można śmiało powiedzieć, że sekta mariawitów, rekrutująca się głównie z fanatycznych kobiet i z proletariatu socjalistycznego, podzieli los sekty starokatolików, których w r. 1906 naliczono w całej Europie zaledwie 60000.
 
Na początku XX wieku wystąpili także w Królestwie Polskim jako twórcy nowych sekt: młynarz Stolarski w Błoniu pod Warszawą, robotnik Kot w Sosnowcu (twórca sekty "bezkościelnych"), Prejs w Siedlcach; ale nie zdołali oni zebrać większej liczby zwolenników.
 
Do Galicji w nowszych czasach starali się wedrzeć ze Śląska baptyści, którzy dorosłych, przechodzących do sekty, chrzczą ponownie (40), – jako też spirytyści, którzy odrzucają naukę katolicką o Trójcy Świętej, o odkupieniu, Sakramentach i wieczności, nazywając Kościół katolicki stekiem obłudy, fałszu i zabobonu, a natomiast ucząc, że Chrystus jest tylko prorokiem, że dusze wchodzą po śmierci w inne ciała, że źródłem "prawdy" jest Pismo św., ale nie katolickie, że do zrozumienia Pisma św. pomagają duchy zagrobowe, z którymi można rozmawiać przez osobne "media", albo przez stoliki wirujące.
 
Zaprawdę, nie masz szaleństwa, w które by człowiek nie uwierzył, jeżeli odrzuca wiarę prawdziwą.
 
Bp Józef Sebastian Pelczar
 
OBRONA RELIGII KATOLICKIEJ, TOM I. JAK WIELKIM SKARBEM JEST RELIGIA KATOLICKA I DLACZEGO TA RELIGIA MA DZISIAJ TYLU PRZECIWNIKÓW. Napisał DR. JÓZEF SEBASTIAN PELCZAR (BISKUP PRZEMYSKI O. Ł.). Drugie przejrzane i pomnożone wydanie, PRZEMYŚL 1920, ss. 323-342. (Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono; tytuł artykułu od red. Ultra montes). 

Przypisy:
  (1) Twierdzą, że w r. 1913 było w Paryżu 35000 wróżek, wróżbitów, astrologów itp.
 
(2) Michał Vintras po r. 1840 ogłaszał we Francji "królestwo Ducha Świętego", według objawień otrzymanych rzekomo od św. Michała i Najświętszej Panny.
 
(3) Dawid Lazzaretti, jako "nowy mesjasz i książę odkupionych ludów", zapowiadał równy podział ziemi i nowy zakładał kościół, dopóki w starciu z wojskiem nie postradał życia.
 
(4) Czyt. tegoż autora Medycyna pasterska. 2 wyd. Rozdz. XII. O hipnotyzmie

(5) Por. tegoż autora Pius IX i Polska. Rozdz. X. 1914. 

(6) Tak zwana Christian Science jest sektą teozoficzną, utworzoną w Ameryce przez Marię Eddy (Mother Mary † 1906). Sekta ta odnawiając stare błędy panteizmu, wprowadza "metaficzną metodę" leczenia chorób za pomocą "myśli pełnej prawdy Bożej" i modlitwy, a właściwie posługuje się magnetyzmem i sugestią. Jest w tym, rozumie się, wiele humbugu i oszustwa, za co w Berlinie "cudowne lekarki" dostały się do więzienia.
 
(7) W r. 1916 wykryto i ukarano to szalbierstwo w Monachium. Wymienione stowarzyszenie miało w Niemczech swoje pisma, jak Astrologische Rundschau i Astrologische Blätter

(8) Por. tegoż autora Pius IX i Polska, rozdział X, gdzie pisze obszerniej o towianizmie i o Adamie Mickiewiczu jako towiańszczyku.
 
(9) Mickiewicz starał się później "nawrócić" jenerała Skrzyneckiego, ale na list swój z 23 marca 1842 otrzymał od niego obszerną odpowiedź (z 3 kwietnia 1842), w której te przychodzą słowa: "Andrzej (Towiański) należy do liczby tych mistyków fałszywych, czyli marzycieli, jakich napotkać się zdarzy w luteranizmie i w dawnych historiach... Doszedł w końcu do tego, że nie wierzył w Bóstwo Chrystusa... To jest pewna, że nigdy nie był zupełnie na łonie Kościoła... Żona jego ma go nawet w podejrzeniu o szarlatanizm, choć źle mówię, pewny tego nie jestem". (Wł. Mickiewicz, Współudział Adama Mickiewicza w sprawie Andrzeja Towiańskiego. Tom II, str. 167). 

(10) Później za wpływem Mickiewicza powstało także "Koło" francuskie.
 
(11) Czyt. Przegląd Poznański z r. 1858, zesz. 2; O. Pawła Smolikowskiego Historia Zgromadzenia Zmartwychwstania Pańskiego, tom IV, str. 101 sq. 

(12) Dekret św. Inkwizycji z 24 kwietnia 1858.
 
(13) Dekret z 15 grudnia 1863. 

(14) Dekret z 15 kwietnia 1848. 

(15) Dekret z 10 grudnia 1857. 

(16) Rzecz dziwna, że wówczas powstali we Francji tacy pseudomistycy i pseudoprorocy, jak Glouton, Albert i Michał Vintras (Pierre Michel). Ten ostatni wszedł w bliższe stosunki z towiańszczykami.
 
(17) Ostatnie jego lata były pasmem cierpień fizycznych i moralnych, bo nawet własna jego córka opuściła "sprawę Bożą". Przed śmiercią przyjął ostatnie Sakramenta, ale błędów swoich nie odwołał, jak to był powinien zrobić. Czyż to nie świadczy o jego dwulicowości.
 
(18) P. Zofia Gąsiorowska, przedstawiając Towiańskiego jako świętego mistyka, powołuje się na dzieło jezuity Augusta Poulain (Des grâces d'oraison – w niemieckim przekładzie Die Fülle der Gnaden), ale całkiem mylnie, bo O. Poulain w części drugiej, rozdz. XXI i XXII na czele kryteriów do odróżnienia prawdziwych mistyków od fałszywych kładzie prawowierność, pokorę i posłuszeństwo dla władzy duchownej, czego u Towiańskiego nie było.
 
(19) Z nowszych pisarzy naszych Wincenty Lutosławski wyraża się pochlebnie o towianizmie, bo oto pisze w Wykładach Jagiellońskich, Tom I, str. XXXV: "Mój katolicyzm jest to szeroki, wszechludzkość obejmujący, wielu Polakom właściwy katolicyzm, wyznawany nawet przez najniezależniejsze duchy, jakimi byli Tomasz Zan, Mickiewicz, Słowacki i Andrzej Towiański, ten polski apostoł".
 
(20) X. Piotr Dzieniakowski zeznał pod przysięgą, że go Kozłowska namawiała do rozpusty. Wyszły też na jaw inne niemoralne jej sprawy.
 
(21) Czyt. Gazeta Kościelna, Rok 1911, Nr 13, List z Warszawy

(22) Z początku nazywano ich mistykami z powodu objawów ascetyzmu. (Por. X. Władysława Krynickiego Dzieje Kościoła powszechnego, str. 717). 

(23) Gazeta Kościelna, l. c. 

(24) Kozłowska przedłożyła biskupowi Szembekowi przez jednego z księży swój memoriał, poczym z gronem księży mariawitów udała się do Rzymu, gdzie wniosła pisma, pełne skarg na biskupów i księży w Królestwie Polskim. (Por. Podręczna Encyklopedya Kościelna, art. Maryawici; tam też podaną jest literatura o tej sekcie. Czyt. także tam dzieło biskupa płockiego A. J. Nowowiejskiego pt. Płock r. 1917). 

(25) Za to umieją w różny sposób, np. sprzedając dewocjonalia, wyłudzać od prostodusznego ludu pieniądze.
 
(26) Kiedy księża mariawiccy, jadąc do Rzymu, wstąpili do Loretu, ogłosili tamże, jako niby przepowiednię Kozłowskiej, że Domek loretański będzie przeniesiony do Płocka, wskutek czego biskup loretański zapytał się listownie arcybiskupa Popiela, co należy sądzić o tej przepowiedni.
 
(27) Wystosowane do arcybiskupa warszawskiego i do biskupów lubelskiego i płockiego.
 
(28) Przytacza X. Kantak w dziełku Mankietnicy i mankietnictwo, Poznań 1910. Miano ułożyć litanię, w której taka przychodzi inwokacja: Święta Mario Franciszko, Oblubienico (czy Małżonko) Chrystusa, módl się za nami!
 
(29) Nauki mariawitów mieszczą się głównie w okólniku Kowalskiego z 13 kwietnia 1906 r. w ich piśmie pt. Maryawita, wydawanym w Łodzi, mianowicie w nr. 11, 18, 19, 21, 23, 30, 41 z r. 1907, i w "Liście pasterskim" "biskupa" Kowalskiego z 31 grudnia 1909.
 
(30) Z tego powodu nawet tacy wrogowie Kościoła, jak Świętochowski nie bronią sprawy kozłowitów, a tylko Niemojewski widział w nich pionierów "narodowego Kościoła polskiego".
 
(31) Biskup Nowowiejski l. c. pisze, że z pracowni Kozłowskiej szły prześliczne hafty i inne przedmioty nie tylko do gubernatora, ale także do cara.
 
(32) Każdą parafią rządzi zarząd i ogólne zebranie, na którym mają głos wszyscy pełnoletni parafianie obojej płci, rozstrzygając absolutną większością. Parafianie łączą się w okręgi, zarządzane przez dziekanów. Odbywają się też kapituły jeneralne, z udziałem świeckich przedstawicieli parafij.
 
(33) Przy tym akcie, dokonanym w Łowiczu według ceremoniału katolickiego, ale w języku polskim, obecnym był przedstawiciel rządu.
 
(34) Kowalski w swoim "liście pasterskim", jako też w Kalendarzu maryawickim, Maryawicie i Wiadomościach maryawickich, obrzucił błotem obelgi i potwarzy Kościół katolicki. Natomiast okazuje on bałwochwalczą prawie cześć dla "mateczki"; za co wywdzięczając się "mateczka", głosi, że słyszała w "objawieniu" takie świadectwo Chrystusa Pana o Kowalskim: "Ten jest syn mój miły, w którymem sobie upodobał. On powywraca stoły handlujących w mojej świątyni".
 
(35) Sądy rosyjskie karały surowo każde słowo, ubliżające sekcie, a ośmieszanie "objawień mateczki" Kozłowskiej uznały jako "bluźnierstwo"!
 
(36) Gazeta Kościelna, Rok. XIX, Nr 14. 

(37) Stało się to w ten sposób, że do głosowania dopuszczono tylko zwolenników Kowalskiego, 940 i to za jego legitymacją. 1 stycznia 1911 było w Warszawie zaledwie 2300 mariawitów.
 
(38) Zaczęli oni budować w Płocku katedrę i seminarium; natomiast "świętą mateczkę" Kozłowską traktują teraz z pewnym lekceważeniem, jako niepotrzebne już narzędzie. W r. 1913 X. Edward Marks porzucił sektę i otrzymał absolucję od klątwy.
 
(39) Dzienniki doniosły, że w r. 1916 przeszło 8000 mariawitów wyrzekło się swoich błędów. W r. 1917 było w Płocku 188 sekciarzy (42 mężczyzn a 146 kobiet), a w całej diecezji płockiej około 3000.
 
(40) W r. 1912 Teodor Brzozoń ze Śląska szerzył tę sektę w Nowym Sączu, rozdając biblie i broszury ("Worek Judaszów") i twierdząc, że należy do Towarzystwa pod nazwą: "Stań się światło".