STRONA INTERNETOWA POWSTAŁA W CELU PROPAGOWANIA NAJLEPSZYCH MATERIAŁÓW DOTYCZĄCYCH INTEGRALNEJ WIARY KATOLICKIEJ

Cytaty:

"Papa materialiter tantum, sed non formaliter" (Papież tylko materialnie, lecz nie formalnie)

J.E. ks. bp Guerard des Lauriers



"Papież posiada asystencję Ducha Świętego przy ogłaszaniu dogmatów i zasad moralnych oraz ustalaniu norm liturgicznych oraz zasad karności duszpasterskiej. Dlatego, że jest nie do pomyślenia, aby Chrystus mógł głosić te błędy lub ustalać takie grzeszne normy dyscyplinarne, to tak samo jest także nie do pomyślenia, by asystencja, jaką przez Ducha Świętego otacza On Kościół mogła zezwolić na dokonywanie podobnych rzeczy. A zatem fakt, iż papieże Vaticanum II dopuścili się takich postępków jest pewnym znakiem, że nie posiadają oni autorytetu władzy Chrystusa. Nauki Vaticanum II, jak też mające w nim źródło reformy, są sprzeczne z Wiarą i zgubne dla naszego zbawienia wiecznego. A ponieważ Kościół jest zarówno wolny od błędu jak i nieomylny, to nie może dawać wiernym doktryn, praw, liturgii i dyscypliny sprzecznych z Wiarą i zgubnych dla naszego wiecznego zbawienia. A zatem musimy dojść do wniosku, że zarówno ten sobór jak i jego reformy nie pochodzą od Kościoła, tj. od Ducha Świętego, ale są wynikiem złowrogiej infiltracji, jaka dotknęła Kościół. Z powyższego wynika, że ci, którzy zwołali ten nieszczęsny sobór i promulgowali te złe reformy nie wprowadzili ich na mocy władzy Kościoła, za którą stoi autorytet władzy Chrystusa. Z tego słusznie wnioskujemy, że ich roszczenia do posiadania tej władzy są bezpodstawne, bez względu na wszelkie stwarzane pozory, a nawet pomimo pozornie ważnego wyboru na urząd papieski."

J.E. ks. bp Donald J. Sanborn

poniedziałek, 19 września 2011

Wspomnienie o polskim monarchiście, Adolfie Bocheńskim cz.1

Adolf Bocheński, urodzony w 1909 r., był najmłodszym z czworga rodzeństwa. Najstarszym bratem był Franciszek, obecnie dominikanin i profesor filozofii uniwersytetu papieskiego, urodzony w 1902, potem Aleksander, obecny poseł na sejm, wybrany podczas wyborów w styczniu 1947, urodzony w 1904, potem siostra Olga, urodzona w 1905. W domu nazywano dzieci: Runio, Olo, Olusia, a najmłodszego Adzio.  Adzio był typowym "wunderkindem", czyli dzieckiem o inteligencji rozwiniętej ponadnormalnie, dzieckiem o inteligencji dorosłego człowieka. Nie raziło to jednak w tej rodzinie, w której wszystkie dzieci były ponadprzeciętnie umysłowo rozwinięte. "Nasz najstarszy brat Runio był o siedem lat starszy od Adzia, ja o pięć, nasza siostra Olga o cztery - pisze Aleksander Bocheński w swych nie drukowanych wspomnieniach. - Ponieważ właściwie życie rodzinne trwało do wybuchu I wojny światowej, Adzio nie brał w nim udziału. Było ono niesłychanie bujne. Przeżywaliśmy fazy zainteresowań, w których dochodziliśmy do ostatnich granic zapamiętania. Była faza religijna, kiedy każdy mebel był zamieniony w kaplicę i ozdobiony krzyżami. Faza techniki (tę przeżywał Runio sam), w której wynalazł telegraf bez drutu czy telefon bez drutu i zmontował mnóstwo aparatów; faza handlu i faza bankowości, kiedy krzemienie były monetą, prowadzona była księgowość. Wreszcie faza wojenna, gdy Runio miał już dziesięć lat, kiedy mieliśmy regulaminy strzeleckie, i żołnierze kartonowi i ołowiani leżeli ogromnymi kupami, w dziesiątkach i setkach. Była też faza prawnicza, pamiętam nawet jej okres - było to podczas naszego pobytu w Brodach, a więc w 1918 r. Runio pisał wtedy "Kodeks praw Mamusi", aby ująć wreszcie w reguły stałe i znane wszystkim to, co jest zakazane i nakazane dzieciom. Wreszcie polityka, sejmik. Przewracało się do góry podwójną ławeczkę kwadratową, przykrywało jakąś popielatą firanką i odbywało się narady. Runio reprezentował rząd, a nas troje, pod moim przywództwem, opozycję. Runio był poetą, gdy miał lat dziesięć. Ja pisywałem wiersze całą młodość. Poemat Runią pisany trzynastozgłoskowcem opiewał wojnę światową, został napisany w dwa miesiące po jej wybuchu, pamiętam, jak przepisywałem go i uczyłem się na pamięć, by zachować na wypadek, gdyby egzemplarze przepisywane przepadły. W r. 1912 pisaliśmy pisemko pt. "Głos Domu" wypełnione całkowicie przez Runia. Potem kilka razy ja znowu wydawałem pisemka domowe. Nasza siostra wierszy nie pisywała, ale władała bardzo ładną poetyczną prozą.
Runio mając lat dwanaście napisał komedyjkę wierszem. Ostatnie jej wersety brzmiały:  Profesor: O tempora. O mores. Uczeń: O głupie professores.Już z tych kilku zdań Aleksandra Bocheńskiego widzimy, że rodzeństwo Adzia było inteligentne, pełne inicjatywy, myślowo niezależne, zawadiackie... Tutaj dygresja wspominkowa. Korepetytorem Runia Bocheńskiego był niejaki Ludwik Stolarzewicz, który potem zyskał w Polsce przykrą, tragikomiczną sławę. Oto kiedy powstała w Polsce, powołana przez premiera Janusza Jędrzejewicza, Akademia Literatury i zaczęła rozdawać swoje złote wawrzyny i srebrne wawrzyny, to ludzi zaczęła krew zalewać ze złości. Każda seria tych wawrzynów wściekała wprost publiczność, ponieważ uważano, iż rozdawane są tak głupio. Nieszczęsny Ludwik Stolarzewicz także za coś dostał srebrny wawrzyn, wobec czego mój współpracownik w "Słowie", dr Charkiewicz, wynalazł, że ten Stolarzewicz ukradł czy nie oddał, czy przywłaszczył sobie jakieś książki z jednej z bibliotek wileńskich. Wszyscy zaryczeli z radości z powodu tej informacji. Oto, komu Akademia nadaje swoje obrzydliwe wawrzyny! A krakowski "Ikać" zamieścił zgrabny wierszyk:  "Od rzemyczka do sandału, Od książeczki do foliału, Kradnąc wciąż, mój synu, Wnet dokradniesz się wawrzynu. Stolarzewicz także z Ponikwy pozabierał jakieś książki i dokumenty. Musiał więc być maniakiem-zbieraczem książek, jacy dość często się zdarzają. Ale chłopców Bocheńskich uczył patriotycznych piosenek i Adzio oburzał się na nagonkę na niego, uważając, że jest nieszlachetna.  Adzio był "wunderkindem" zgoła wyjątkowym. Mając lat pięć uczy się czytać jak wszystkie dzieci, ale uczy się czytać na dziele prof. Mariana Kukiela: Dzieje oręża polskiego w dobie napoleońskiej i prędko umie tę książkę prawie na pamięć. Rozprawia z rodzicami o przebiegach różnych bitew, sypie nazwiskami oficerów, żyje wprost epoką Napoleona. W bibliotece w Ponikwie była jeszcze za czasów wojny książka z nadpisem ręką Adzia: "Kupiłem tę książkę u Tulei 15 września 1922 za 5 franków szwajcarskich". Tuleja był to antykwariusz we Lwowie, książką kupioną przez trzynastoletniego wówczas Adzia był Clausewitz, słynny teoretyk strategii i sztuki wojennej. Ale jest jeszcze wcześniejsze wspomnienie o Adziu, jako o dziecku czteroletnim. Raz w nocy matka zobaczyła, że nie śpi i klęczy w swoim łóżeczku. "Co ty robisz? - zapytała. - Modlę się za księcia Józefa" - odpowiedział Adzio.  Czyż w tej anegdocie o czteroletnim dziecku nie ma już czegoś podobnego do śmierci pod Anconą? Adolf Bocheński zginął, ponieważ ranny i nie wyleczony rozbrajał miny z taką pogardą śmierci, że wreszcie musiał zginąć. I czy znów nie przyjdzie nam do głowy Norwid:
"Gdy koniec życia szepcze do początku Wunderkindostwo, jak każda rzecz niezwyczajna, ludziom albo imponuje, albo ich śmieszy i drażni. Korepetytorem Adzia był pan Roman Kamiński, od którego otrzymałem szereg cennych dla biografa wiadomości. Lekcje z Adziem rozpoczął w 1922 r., kiedy ten miał lat trzynaście. "Nie znając systemu nauki Adzia - pisze o swym uczniu - wyznaczyłem mu tygodniowy rozkład zajęć, przewidując dziennie od dwóch do pięciu godzin pracy ze mną oraz pewną ilość godzin nauki samodzielnej. Obliczenia te okazały się niemożliwe do urzeczywistnienia. W tym czasie Adzio studiował wojnę rosyjsko-japońską i kiedy przyszedłem do niego po raz pierwszy, mój uczeń leżał na kocu na ziemi z rozłożonymi przed sobą mapami i kreślił szkice różnych faz operacji pod Laoianem. Okrągłym ruchem wskazał mi głęboki fotel i gazety, i książki na stole rozłożone, sam jednak nie odrywał się od swojej lektury. Udzielił mi chętnie wyjaśnień co do zasad strategii, która go wówczas pasjonowała, ale nie chciał się zajmować bieżącą nauką szkolną. (...) Miał się uczyć w domu, ale zdawać egzaminy w szkole. Istotnie, na trzy miesiące przed egzaminami zabierał się do szkolnej pracy i zdawał egzaminy z odznaczeniem, przy tym wykładowcy z historii zabiegał! u wykładowców matematyki, fizyki i przyrody o podwyższenie stopni, aby świadectwo lepiej wyglądało. (...) Nauczyciele historii byli Adziem zachwyceni. Przysłuchiwałem się tym egzaminom z historii. Od pierwszego pytania Adzio opanowywał sytuację, sam zamieniał się w wykładowcę, perorował, wypowiadał teorie, polemizował sam z sobą, sypał analogiami z innych epok dziejowych, a wykładowca, zdziwiony, nie przerywał mu, lecz słuchał z zainteresowaniem. W połowie r. 1924 matka Adzia w "ostrej formie" oświadczyła panu Kamińskiemu, że Adzio się nie uczy, a to, że zdaje z dobrymi wynikami, nie ma żadnego znaczenia, ponieważ w gimnazjum w Brodach są dla niego względni. Było to bardzo niesprawiedliwe i pan Kamiński idzie do swego ucznia z pytaniem, co teraz robić. Adzio zdecydował: "Wobec tego będę zdawał we Lwowie". Rodzice wybrali mu IV gimnazjum klasyczne, które uważane było za najbardziej surowe. W czasie egzaminów Adzio wyszedł z sali konferencyjnej trochę podniecony: "Bardzo nieprzyjemna historia, ma być egzamin z geografii, której nie przygotowywaliśmy". W ciągu godziny przeglądali podręcznik Geografia Polski Pawłowskiego. Egzamin trwał niewiele krócej, Adzio zdał go z postępem "dobrym". Był to egzamin z klasy piątej. Z klasy szóstej Adzio znów zdawał w Brodach, ponieważ wynik egzaminu lwowskiego niczym się nie różnił od poprzednich. Rodzice Adzia wymogli jednak, aby zaczął uczęszczać do klasy siódmej, uważając, że potrzebny mu jest kontakt z rówieśnikami itd. Był to pomysł nieudany. Adzio jako uczeń w klasie był krnąbrny, niezdyscyplinowany, nudził się na lekcjach, zadawał impertynenckie pytania. Cenzura była o wiele gorsza od stopni uzyskiwanych na egzaminach, Adzio uznał, że sprawdza się jego zdanie, że na naukę w szkole szkoda czasu, i po prostu przestał chodzić do gimnazjum.
Rodzice ustąpili. Jesienią 1927 r. Adzio zdał maturę. Pan Kamiński w swych wspomnieniach nie tylko zachwyca się inteligencją swego byłego ucznia, ale także siłą jego woli. Adzio się jąkał, postanowił usunąć ten defekt i przez cały rok brał lekcje u specjalisty, wykazując niesłychaną cierpliwość w czasie męczących i nudnych ćwiczeń, aż wreszcie pozbył się jąkania prawie zupełnie. Był to r. 1924, Adzio miał wtedy lat piętnaście. Albo inny przykład. Adzio nie mógł się nauczyć pływania. Opadał na dno jak kamień mimo rozpaczliwych ruchów rąk i nóg. Nawet z pasem korkowym nie umiał utrzymać się na wodzie. Wreszcie postanowił się przemóc, wziął trenera i w ciągu sześciu tygodni przeistoczył się w pływaka umiejącego się trzymać godzinami na wodzie. Nie jestem lekarzem-psychologiem. Ale interesowałem się dziećmi-wunderkindami i ich późniejszymi losami. Nadmierny rozwój inteligencji u dzieci nie oznacza wcale, że te dzieci będą szczęśliwe w życiu. Także naukowe metody myślenia zaszczepione zbyt wcześnie niekoniecznie dają dobre rezultaty. Znałem logiczne matki, które powiadały: Po co mam dzieciom opowiadać bajki, wolę im opowiadać prawdę, i zamiast opowiadania bajek uczyły historii Polski. Matki takie nie wiedziały, że po pierwsze historia, której się uczy dzieci, co do zawartości prawdy niczym się od bajek nie różni. Bajki opowiadają o faktach, których nie było, ale podręczniki historii wypełnione są zakłamaniem form życia, zakłamaniem właściwych intencji w działaniach tych ludzi, o których opowiadają. Natomiast usuniecie bajek z wychowania dzieci nie daje rozwinąć się fantazji. Aby zostać powieściopisarzem, poetą, wynalazcą, wielkim artystą, w ogóle kimś, któremu do sprawowania zawodu potrzebna jest praca wyobraźni, trzeba koniecznie słuchać bajek w dzieciństwie. Adzio uczył się czytać na Kukielu. Jeżeli mdliło go od zwykłego elementarza, czy Wiązania Helenki, należało mu raczej podsunąć Andersena. ścisłość i realizm rozumowania w wieku pięcioletnim utrudnia później pracę polityczną, zwłaszcza w... Polsce. Nie kalkulacje polityczne, lecz emocje, lecz echa bajek rządzą naszym społeczeństwem. Wunderkindostwo jest jak książęce pochodzenie. Ludzie uważają je za szczęście, aż przychodzi rewolucja i tytuł książęcy staje się niebezpiecznym obciążeniem. Jak już napisałem, będę w tej książce szukał przyczyn, dlaczego Bocheńskiemu, pomimo jego niezwykłej, anormalnej ilości kalorii w mózgu i silnej woli, życie się właściwie nie udało. Dlaczego nie zdobył sobie w Polsce kierowniczego stanowiska? Powiedziałem już, że będę szukał odpowiedzi na pytania, czy była temu winna Polska, czy on sam, czy też jego środowisko i jego ideologia. W tym rozdziale bliscy jesteśmy jego samego. Weźmy więc pod rozwagę, że wunderkindostwo podobne jest trochę do choroby śpiączki, która polega nie na tym, że człowiek ciągle śpi, lecz na tym, że sen przychodzi w sposób nienormalny, że zaburzone jest normalne działanie snu. CDN
"Lwów i Wilno", 26 grudnia 1948 r.                                      Stanisław Cat - Mackiewicz
Runio mając lat dwanaście napisał komedyjkę wierszem. Ostatnie jej wersety brzmiały:  Profesor: O tempora. O mores. Uczeń: O głupie professores.Już z tych kilku zdań Aleksandra Bocheńskiego widzimy, że rodzeństwo Adzia było inteligentne, pełne inicjatywy, myślowo niezależne, zawadiackie... Tutaj dygresja wspominkowa. Korepetytorem Runia Bocheńskiego był niejaki Ludwik Stolarzewicz, który potem zyskał w Polsce przykrą, tragikomiczną sławę. Oto kiedy powstała w Polsce, powołana przez premiera Janusza Jędrzejewicza, Akademia Literatury i zaczęła rozdawać swoje złote wawrzyny i srebrne wawrzyny, to ludzi zaczęła krew zalewać ze złości. Każda seria tych wawrzynów wściekała wprost publiczność, ponieważ uważano, iż rozdawane są tak głupio. Nieszczęsny Ludwik Stolarzewicz także za coś dostał srebrny wawrzyn, wobec czego mój współpracownik w "Słowie", dr Charkiewicz, wynalazł, że ten Stolarzewicz ukradł czy nie oddał, czy przywłaszczył sobie jakieś książki z jednej z bibliotek wileńskich. Wszyscy zaryczeli z radości z powodu tej informacji. Oto, komu Akademia nadaje swoje obrzydliwe wawrzyny! A krakowski "Ikać" zamieścił zgrabny wierszyk:  "Od rzemyczka do sandału, Od książeczki do foliału, Kradnąc wciąż, mój synu, Wnet dokradniesz się wawrzynu. Stolarzewicz także z Ponikwy pozabierał jakieś książki i dokumenty. Musiał więc być maniakiem-zbieraczem książek, jacy dość często się zdarzają. Ale chłopców Bocheńskich uczył patriotycznych piosenek i Adzio oburzał się na nagonkę na niego, uważając, że jest nieszlachetna.  Adzio był "wunderkindem" zgoła wyjątkowym. Mając lat pięć uczy się czytać jak wszystkie dzieci, ale uczy się czytać na dziele prof. Mariana Kukiela: Dzieje oręża polskiego w dobie napoleońskiej i prędko umie tę książkę prawie na pamięć. Rozprawia z rodzicami o przebiegach różnych bitew, sypie nazwiskami oficerów, żyje wprost epoką Napoleona. W bibliotece w Ponikwie była jeszcze za czasów wojny książka z nadpisem ręką Adzia: "Kupiłem tę książkę u Tulei 15 września 1922 za 5 franków szwajcarskich". Tuleja był to antykwariusz we Lwowie, książką kupioną przez trzynastoletniego wówczas Adzia był Clausewitz, słynny teoretyk strategii i sztuki wojennej. Ale jest jeszcze wcześniejsze wspomnienie o Adziu, jako o dziecku czteroletnim. Raz w nocy matka zobaczyła, że nie śpi i klęczy w swoim łóżeczku. "Co ty robisz? - zapytała. - Modlę się za księcia Józefa" - odpowiedział Adzio.  Czyż w tej anegdocie o czteroletnim dziecku nie ma już czegoś podobnego do śmierci pod Anconą? Adolf Bocheński zginął, ponieważ ranny i nie wyleczony rozbrajał miny z taką pogardą śmierci, że wreszcie musiał zginąć. I czy znów nie przyjdzie nam do głowy Norwid:
"Gdy koniec życia szepcze do początku Wunderkindostwo, jak każda rzecz niezwyczajna, ludziom albo imponuje, albo ich śmieszy i drażni. Korepetytorem Adzia był pan Roman Kamiński, od którego otrzymałem szereg cennych dla biografa wiadomości. Lekcje z Adziem rozpoczął w 1922 r., kiedy ten miał lat trzynaście. "Nie znając systemu nauki Adzia - pisze o swym uczniu - wyznaczyłem mu tygodniowy rozkład zajęć, przewidując dziennie od dwóch do pięciu godzin pracy ze mną oraz pewną ilość godzin nauki samodzielnej. Obliczenia te okazały się niemożliwe do urzeczywistnienia. W tym czasie Adzio studiował wojnę rosyjsko-japońską i kiedy przyszedłem do niego po raz pierwszy, mój uczeń leżał na kocu na ziemi z rozłożonymi przed sobą mapami i kreślił szkice różnych faz operacji pod Laoianem. Okrągłym ruchem wskazał mi głęboki fotel i gazety, i książki na stole rozłożone, sam jednak nie odrywał się od swojej lektury. Udzielił mi chętnie wyjaśnień co do zasad strategii, która go wówczas pasjonowała, ale nie chciał się zajmować bieżącą nauką szkolną. (...) Miał się uczyć w domu, ale zdawać egzaminy w szkole. Istotnie, na trzy miesiące przed egzaminami zabierał się do szkolnej pracy i zdawał egzaminy z odznaczeniem, przy tym wykładowcy z historii zabiegał! u wykładowców matematyki, fizyki i przyrody o podwyższenie stopni, aby świadectwo lepiej wyglądało. (...) Nauczyciele historii byli Adziem zachwyceni. Przysłuchiwałem się tym egzaminom z historii. Od pierwszego pytania Adzio opanowywał sytuację, sam zamieniał się w wykładowcę, perorował, wypowiadał teorie, polemizował sam z sobą, sypał analogiami z innych epok dziejowych, a wykładowca, zdziwiony, nie przerywał mu, lecz słuchał z zainteresowaniem. W połowie r. 1924 matka Adzia w "ostrej formie" oświadczyła panu Kamińskiemu, że Adzio się nie uczy, a to, że zdaje z dobrymi wynikami, nie ma żadnego znaczenia, ponieważ w gimnazjum w Brodach są dla niego względni. Było to bardzo niesprawiedliwe i pan Kamiński idzie do swego ucznia z pytaniem, co teraz robić. Adzio zdecydował: "Wobec tego będę zdawał we Lwowie". Rodzice wybrali mu IV gimnazjum klasyczne, które uważane było za najbardziej surowe. W czasie egzaminów Adzio wyszedł z sali konferencyjnej trochę podniecony: "Bardzo nieprzyjemna historia, ma być egzamin z geografii, której nie przygotowywaliśmy". W ciągu godziny przeglądali podręcznik Geografia Polski Pawłowskiego. Egzamin trwał niewiele krócej, Adzio zdał go z postępem "dobrym". Był to egzamin z klasy piątej. Z klasy szóstej Adzio znów zdawał w Brodach, ponieważ wynik egzaminu lwowskiego niczym się nie różnił od poprzednich. Rodzice Adzia wymogli jednak, aby zaczął uczęszczać do klasy siódmej, uważając, że potrzebny mu jest kontakt z rówieśnikami itd. Był to pomysł nieudany. Adzio jako uczeń w klasie był krnąbrny, niezdyscyplinowany, nudził się na lekcjach, zadawał impertynenckie pytania. Cenzura była o wiele gorsza od stopni uzyskiwanych na egzaminach, Adzio uznał, że sprawdza się jego zdanie, że na naukę w szkole szkoda czasu, i po prostu przestał chodzić do gimnazjum.
Rodzice ustąpili. Jesienią 1927 r. Adzio zdał maturę. Pan Kamiński w swych wspomnieniach nie tylko zachwyca się inteligencją swego byłego ucznia, ale także siłą jego woli. Adzio się jąkał, postanowił usunąć ten defekt i przez cały rok brał lekcje u specjalisty, wykazując niesłychaną cierpliwość w czasie męczących i nudnych ćwiczeń, aż wreszcie pozbył się jąkania prawie zupełnie. Był to r. 1924, Adzio miał wtedy lat piętnaście. Albo inny przykład. Adzio nie mógł się nauczyć pływania. Opadał na dno jak kamień mimo rozpaczliwych ruchów rąk i nóg. Nawet z pasem korkowym nie umiał utrzymać się na wodzie. Wreszcie postanowił się przemóc, wziął trenera i w ciągu sześciu tygodni przeistoczył się w pływaka umiejącego się trzymać godzinami na wodzie. Nie jestem lekarzem-psychologiem. Ale interesowałem się dziećmi-wunderkindami i ich późniejszymi losami. Nadmierny rozwój inteligencji u dzieci nie oznacza wcale, że te dzieci będą szczęśliwe w życiu. Także naukowe metody myślenia zaszczepione zbyt wcześnie niekoniecznie dają dobre rezultaty. Znałem logiczne matki, które powiadały: Po co mam dzieciom opowiadać bajki, wolę im opowiadać prawdę, i zamiast opowiadania bajek uczyły historii Polski. Matki takie nie wiedziały, że po pierwsze historia, której się uczy dzieci, co do zawartości prawdy niczym się od bajek nie różni. Bajki opowiadają o faktach, których nie było, ale podręczniki historii wypełnione są zakłamaniem form życia, zakłamaniem właściwych intencji w działaniach tych ludzi, o których opowiadają. Natomiast usuniecie bajek z wychowania dzieci nie daje rozwinąć się fantazji. Aby zostać powieściopisarzem, poetą, wynalazcą, wielkim artystą, w ogóle kimś, któremu do sprawowania zawodu potrzebna jest praca wyobraźni, trzeba koniecznie słuchać bajek w dzieciństwie. Adzio uczył się czytać na Kukielu. Jeżeli mdliło go od zwykłego elementarza, czy Wiązania Helenki, należało mu raczej podsunąć Andersena. ścisłość i realizm rozumowania w wieku pięcioletnim utrudnia później pracę polityczną, zwłaszcza w... Polsce. Nie kalkulacje polityczne, lecz emocje, lecz echa bajek rządzą naszym społeczeństwem. Wunderkindostwo jest jak książęce pochodzenie. Ludzie uważają je za szczęście, aż przychodzi rewolucja i tytuł książęcy staje się niebezpiecznym obciążeniem. Jak już napisałem, będę w tej książce szukał przyczyn, dlaczego Bocheńskiemu, pomimo jego niezwykłej, anormalnej ilości kalorii w mózgu i silnej woli, życie się właściwie nie udało. Dlaczego nie zdobył sobie w Polsce kierowniczego stanowiska? Powiedziałem już, że będę szukał odpowiedzi na pytania, czy była temu winna Polska, czy on sam, czy też jego środowisko i jego ideologia. W tym rozdziale bliscy jesteśmy jego samego. Weźmy więc pod rozwagę, że wunderkindostwo podobne jest trochę do choroby śpiączki, która polega nie na tym, że człowiek ciągle śpi, lecz na tym, że sen przychodzi w sposób nienormalny, że zaburzone jest normalne działanie snu. CDN
"Lwów i Wilno", 26 grudnia 1948 r.                                      Stanisław Cat - Mackiewicz